Dom szczęścia. Londyn. I rok bez Paryża.

img_20161005_232141

 

Dzisiaj kolejny raz próbowałam medytować. Od czasu do czasu mam ochotę, a czasem jest to po prostu konieczność. Używam guided meditation, nagrań, które mają pomagać się skupić. Dzisiaj usłyszałam « wyobraź sobie miejsce, w którym jesteś szczęśliwy i spokojny ». Długo nie musiałam się zastanawiać. Nasze mieszkanie w Londynie. Ta jesień. Zeszły tydzień. Było pięknie. Było słońce. Zamiast metra był autobus. Było czekanie w domu z obiadem. I szalony tłum. I zasypianie na kanapie. I księgarnie wieczorową porą. Były poważne rozmowy i żarty na pewno nie na poziomie osób około trzydziestki (jedna bardziej, druga mniej). Tym razem kupiłam niewiele i skondensowane:

-czerwona szminka

-czerwony róż do policzków w płynie

-Vogue i herbatka nasenna.

Było też rozważanie, co dalej. Upartość to jedna z moich najgorszych czas. Nie umiem odłożyć na później. Nie umiem « przespać się » z problemem. Coś uwiera – rozwiązuję tu i teraz. Wiele razy słono za to płaciłam. Wiele razy jechałam bez trzymanki. Ale też wiele razy gratulowałam sobie odwagi. Mimo, że uwielbiam moje podróże do Londynu, wstawanie o 3 rano na autobus, całą moją podrożną « rutynę », kanapki z tuńczykiem z Prêt à manger, ekstazę, kiedy wychodzę z samolotu i wiem, że zaraz napiję się kawy z Costy i zobaczę Męża. Ale nie mam już na to siły. Wybrałam sobie miejsce, w którym chcę mieszkać.

img_20161001_100655

Wizyta w National Theater, Cécile, ja jako szef kuchni, dyniowe latte, jego praca, zwierzenia, podejrzana pakistańska knajpa, spacery po Canary Wharf, kanapki w EAT, wystawa Jeff’a Koons’a (zażartowałam, że jedna z rzeźb wygląda i może pachnie jak Play Doh i mam ochotę ją ścisnąć: « Nie wolno, zapłaciliśmy za tę wystawę 25 milionów », usłyszałam). Poznałam nowe dzielnicy Londynu i uznałam, że żadnej nie lubię tak bardzo, jak Marylebone. I naszego City. Za każdym razem zdumiewa mnie, jak wielkie jest to miasto. I jak można się tam przyjemnie pogubić i wtopić w tłum. Ale też jak źle może być, kiedy jest się tam samemu. Samemu z pieniędzmi jeszcze sobie wyobrażam. Ale samemu dla pieniędzy, w nędznej pracy. Mam szczęście, bo miasto poznaję oczami rdzennego Londyńczyka. Nie tracimy czasu na niewarte niczego rozrywki. Wiem, gdzie warto iść na obiad, którędy wyjść z tube, nasłuchałam się trochę o historii różnych miejsc. Zawsze mi go za mało. Wiem, że inwestowanie wszystkich uczuć w jedną osobę jest ponoć złe, ale jak to powiedziała koleżanka z dzieciństwa, wisi mi to i powiewa.

Mam obsesję na punkcie jesieni, a w Londynie mieliśmy ją wyjątkowo w cudnym wydaniu. Nadal spacery w marynarce, ale jednocześnie świadomość, że wiosna i lato dawno się skończyły. Dni pomarańczowe, wieczory granatowe. Wieczory na kanapie z Netflixem. Dobrze, że nie mam tego w domu. Pierwsze dni w Londynie spędziłam w stanie ogromnej senności. Mamy bardzo wygodne łóżko. Tak bardzo, że wystarczy, że położę się tam na chwilę i zasypiam. Miałam bardzo ciężkie dni w pracy i czwartą przeprowadzkę, odkąd mieszkam w Bratysławie. Potrzebowałam odpoczynku, więc śmiało zasypiałam na kanapie.

Czasem robię zapiski na papierze, żeby podsumować londyńskie dni. Chyba nie ma to jednak sensu po kilku dniach. Nic nie pamiętam. To straszne. Spędzamy chwile, które tyle znaczą, a potem zapominamy po kilku dniach.

Dziś mija rok, odkąd wyjechałam z Paryża. Nie wróciłam tam ani razu od tego czasu. Przez brak czasu, przez « bo przecież wolę lecieć do Londynu », przez brak dobrego połączenia lotniczego. I przez strach. Tam byłam inną osobą. Czułam się dobrze w swojej samotności. Przemierzałam paryskie ulice pewnym krokiem, stale gdzieś biegnąc. Po pracy upijałam się w lokalnym barze w Levallois, robiłam głupoty ciesząc się z ich bezsensowności. Jeździłam na północ Francji, żeby spędzić kilka dni z Francuzem, którego ojczym inżynier hodował osły. Umawiałam się na randki w brasserie pod domem, paliłam Gauloises, czasem przechodziłam chwilowe załamania z powodu kogoś, z kim dziś już prawie nie rozmawiam. Nie wiem, czy byłam szczęśliwa, na pewno biegłam za czymś, co stale rozmywało mi się przed oczami. Teraz samotność mnie uwiera. Jedyne czego chcę, to siedzieć w naszej cichej sypialni wiedząc, że on jest obok. Już nie szukam niczego. To, za czym tak goniłam, przygnało mnie do słowackiej stolicy. Uciekałam przed niepokojącym, różowym paryskim niebem. Bałam się czegoś i nie wiedziałam, dlaczego. Teraz już zrozumiałam.

I think I found a place where I feel I will…

Publicités

Koniec lata

IMG_20160505_234033.jpg

1.09. Mąż wrócił do Londynu i zostawił Bratysławę, razem z nią również mnie. Dla niektórych to banał (« Niedługo znów się zobaczycie, o co Ci chodzi »), dla mnie to tragedia. 60 dni razem. Dzień w dzień. Codzienna pomoc, wsparcie, rozmowy. Obecność. Kiedyś lubiłam mieć wielu znajomych « od różnych rzeczy ». Lubiłam spotykać się z innymi ludźmi, żeby nie dać się nudzie. M. jest dobra na rozmowy o mężczyznach, A. na rozmowy o wszystkim, Ad. na porady dotyczące pracy i kariery. Kiedy poznałam J., wszystko się zmieniło. Bo on stał się wszystkim. Pierwszy raz uwierzyłam w to, że partner życiowy powinien być przede wszystkim przyjacielem. Wiadomo, że nie porozmawiam z nim o kosmetykach, ubraniach. Co z tego. Nawet moje głupie ploteczki z pracy traktuje poważnie.

Nie chcę pisać kilkustronicowej pochwały mojego męża. Lepiej podsumować to lato. Zanim zapomnę. Podsumować, bo dzisiaj bardzo mi źle. I bardzo mi źle, kiedy patrzę na nasze puste mieszkanie, z którego nagle zniknęła połowa rzeczy. Tylko cholerne detale przypominają, że niecałe cztery godziny temu siedzieliśmy tu razem. Buty, pusty kubek z Berlina, Nutella, którą On kupił, bo chciał wysmarować nimi kanapki. Ręcznik, koszula. On sobie leci, a ja zostałam sama z dowodem naszych owocnie spędzonych wakacji. Czekam i czekam, aż wróci. Z łazienki. Z lekcji słowackiego. Ze sklepu. Wróci, ale do Londynu, Old London Town. Dziś tego Londynu nie chcę, mam dziś do niego wstręt.


Nasze lato (lista niepełna):

  • podróże: Wiedeń, Budapeszt, Berlin, Wiedeń
  • poznawanie siebie jeszcze bardziej i dogłębnie
  • gotowanie w naszej małej kuchni
  • spacery – zawsze ta sama trasa, ale zawsze inne rozmowy
  • rytuały

Samotność. Kiedyś mi nie przeszkadzała, wręcz goniłam za nią. Czekałam na każdą chwilę, kiedy będę mogła być sama ze sobą. Mieszkając w Paryżu nie mogłam już patrzeć na ludzi. Codzienna interakcja z nimi mnie męczyła, tak samo jak wszystkie « Bonjour », « Bonne soirée », « Bonne journée » i small talk w windzie. Ale small talk być musiał, najczęściej z panią z piekarni (a nuż nie zostawi dla mnie ostatniej połówki bagietki, albo co gorsza sprzeda mi wczorajszą tarte aux pommes). Tłumy w metrze, łapanie się za poręcz, niechciany dotyk pasażera obok, krzyki, klaksony, skutery. A jeszcze trzeba było iść do Casino (bo otwarty do 22) po coś na kolację. Bo Picard już zamknięty i znowu nie będzie łososia z purée do mikrofali. Piątek był dla mnie najważniejszym dniem tygodnie, dokładnie piątek wieczorem. Zrzucałam wtedy torby i trudy całego tygodnia z umęczonych ramion, wracałam z uśmiechem do domu i pędziłam pod gorący prysznic. Miałam w tamtym czasie obsesję na punkcie płynów pod prysznic Monoprix. Moje ulubione: wata cukrowa i rabarbar. Nie był to krótki prysznic, tylko domowe SPA. I nieważne, że była dopiero 21, ja już nie wybierałam się na imprezę, tylko grzecznie, ubrana w piżamkę zasiadałam w łóżku z książką (jedną z mojej wielkiej góry sobotnich łupów z St Michel) i piłam ukochaną zieloną herbatę z miętą, również produkcji mojego ukochanego sklepu – Monoprix. W weekendy potrafiłam spać do 14, godzinami chodzić po Paryżu. Jedno było pewne – przez sekundę nie było mi źle samej. Ja tę samotność celebrowałam i pilnowałam jej. Kiedy chciałam się z kimś widzieć – widziałam. Ale dla mojej równowagi ważne były chociaż te dwa dni samotności, zwłaszcza, że za drzwiami mieszkania i za drzwiami niedzieli czyhała znienawidzona praca i pozostawione na stacjach metra czarne siatki.

WP_20151003_19_00_57_Pro.jpg

Teraz samotność znoszę o wiele gorzej, zwłaszcza po dwóch miesiącach razem. Nie mogę znaleźć miejsca. Próbuję wymyślać sobie zajęcia, ale ciężko zaszaleć z 2o euro na koncie. Może po to ludzie łączą się w pary – żeby nie oszaleć? Żeby mieć zaplanowane weekendy i plany na wakacje. A może po prostu dlatego, że zabawa w samotne « Połącz kropki » jest nudna? Samotność nie jest już czymś, za czym tęsknię, co doceniam i czym się rozkoszuję. Przeraża mnie teraz. Myślę o ludziach, którzy z jakiegoś powodu żyją w pojedynkę. Ja bym tak nie umiała. Może jestem słaba. Może po prostu miałam już swoją dawkę Paryża w samotności, a tutaj potrzebuję kogoś. Kogoś, kto zamknie na noc drzwi, nie zapomni wyłączyć kuchenki, będzie ganiał komary. Możliwe też, że spotkałam kogoś, kogo obecność mi nie dokucza, a wręcz jest potrzebna. Kiedyś marzyłam o mieszkaniu samej. Naoglądałam się za dużo nowojorskich seriali, w których główna bohaterka wieczorami pije sama wino (z uśmiechem), urządza sobie długie kąpiele (z uśmiechem), ma szafę pełną poukładanych kolorami ubrań na każdą okazje, budzi się sama i włącza ekspres do kawy (z uśmiechem), wybiega do pracy, gdzie jest bardzo zajęta, ale dopina projekt na ostatni guzik, zanim poleci na kolację ze znajomymi i wróci do domu – sama i zadowolona. To byłam ja rok temu. A dzisiaj jest nadużywanie czeskiej muzyki i niepokoje.

NIE LUBIĘ LATA (?)

20160730_132538

Nie lubię lata. Właściwie było tak zawsze. Jako uczennica (wzorowa oczywiście) z ustęsknieniem oczekiwałam końca wakacji. Lato bawiło mnie przez tydzień-dwa. Ale ile można znieść wycieczek na plażę, tych samych co roku pamiątek, lodów, kremów do opalania. Czekałam z niecierpliwością na nowe książki, zakupy papiernicze. Każdy nowy zeszyt, niezapisany jeszcze, był obietnicą czegoś dobrego. Wyobrażałam sobie, jak to będzie w tym roku. Wrzesień przynosił zawsze mniejsze lub większe zaskoczenia: ktoś przyjechał z mocną opalenizną, ktoś zmienił się nie do poznania, ktoś wydepilował sobie brwi. Tak samo euforyczne były powroty do szkoły, co powroty na studia. Czekanie na nowe mieszkanko, słodka niepewność, urządzanie na nowo wszystkiego.

Tego mi teraz najbardziej brakuje – oddzielenia wakacji od września. Dni zlewają się w jeden, praca, praca, dom, praca. Jeśli jest na co czekać, to tylko na kolejny wyjazd do Londynu. Brakuje mi pustych, niezapisanych zeszytów, spotkań z kimś po kilku miesiącach wakacji. Zaatakowała mnie znienacka tęsknota za przeszłością, znowu. Za tym, kim byłam kiedyś, a raczej za możliwość bycia tym, kim byłam jeszcze rok temu. Teraz nie ma o tym mowy, bo zmieniło się wszystko: kraj, praca, otoczenie. Staram się jak mogę przyzwyczaić do Bratysławy, ale muszę chyba pogodzić się z faktem, że nie jest to miasto dla mnie. Wredna koleżanka z pracy z Paryża miała rację – jeśli po sześciu miesiącach mieszkania gdzieś nie zaadaptujemy się do nowego miejsca, nigdy już się to nie wydarzy. Początki były dobre – nowe mieszkanie (pierwszy raz w bloku), znajomi, nowa praca, wszystko inne i świeże. W biurze zostawałam do 20, chciałam dać z siebie wszystko, pokazać, że zasłużyłam na pracę w Wielkiej Firmie. Miasto jeszcze niepoznane oferowało wiele rozrywek- chodzenie po ciągle innych kawiarniach, wypady na starówkę, wino w przytulnych zakamarkach, kupowanie angielskich książek. Teraz z niepokojem zauważyłam, że wszystko się już mi opatrzyło. Może to normalne. Tylko dlaczego nigdy nie miałam takiego uczucia w Paryżu?

Zupełnie zadziwiła mnie również tęsknota za starym mieszkaniem, z którego uciekałam pędem. Za przestrzenią, balkonem, normalną kuchnią. Nawet tych spacerów porannych na przystanek mi brak. Męża też dopadła melancholia i jakoś wpadliśmy w letni letarg. Bo latem nie chce mi się starać. Latem najchętniej leżałabym przed serialem, najwyżej poszła do kawiarni i myślała, czy zamówienie lawendowej herbaty w lipcu to przestępstwo. Przecież trzeba pić lemoniadę i jeszcze wstawić ją na Instagrama, bo przecież taka letnia z nas dziewczyna.

Skórzana kurtka lub marynarka (nie skórzana), czarne jeansy lub sukienka, botki (nienawidzę sandałów), szare, wielkie swetry. Szminka czerwona, rzęsy czarne i mocne. I tyle. Ma zakryć, ukoić i ogrzać, kiedy zasiedzimy się z winem w barze na place de la Nation. Tego mi potrzeba. Lubię, kiedy szybko się sciemnia, kiedy mogę pić herbatę z cytryną. Lubię pajęczyny w drzewach. Brakuje mi kreatywności, nowych projektów. Brakuje mi zatracenia się w pracy – a tak bardzo to lubię. Nuda jest moim najgorszym wrogiem. Ale nuda w pracy jest jeszcze gorsza. Bo w biurze siedzieć trzeba. Nikt nie pyta po co. Nawet, kiedy traci się czas, który mógłby być wykorzystany lepiej. Marzyłam o nawale pracy, o byciu « business woman », a prawie całe lato upłynęło mi na przerwach na kawę, przeglądaniu Instagrama, blogów i wysyłaniu CV do firm, które nie brzmią aż tak dobrze, jak moja, ale może wreszcie dadzą mi pracę, która zajmie moją szaloną głowę i poukłada myśli.

Koniec sierpnia i lata jest zawsze bardzo dziwny. Lato kończy się nagle i z hukiem. Rozleniwieni gorącym lipcem i sierpniem nie zauważamy, kiedy sezon wakacyjny zbliża się do końca. Niebieskie niebo bez chmur, wychodzenie z domu po założeniu tylko butów, lody dla ochłody – przecież tak będzie codziennie. Szybko nudzi mi się ładna pogoda, lekkie ubrania, tęsknię za jesienią, za czymś « innym ». A teraz zaczynam z tęsknotą wspominać spacery w upale, kupowanie wiatraka i wszystko to, co mnie denerwowało. Czy kiedykolwiek w ogóle cokolwiek cieszy mnie, kiedy jest na to odpowiedni czas i miejsce? Tu i teraz? Czy zawsze muszę żałować, że nie cieszyłam się, kiedy mogłam, tylko dopiero we wspomnieniach? Chyba tak już mam.

W niedzielę odwiedziliśmy nasze stare « tereny ». Mój pierwszy dom na Słowacji i miejsce, w którym się poznaliśmy. Niesamowite, jak wszystko inaczej wygląda latem. Naszą « ośkę » pamiętam jesienią, skąpaną w mgle i październikowych pajęczynach. Próbowaliśmy znaleźć nasze okna, sprawdziliśmy, czy nazwisko na domofonie nie zmieniło się. I tyle. Pograliśmy w bilard w lokalnym barze (zaplanowaliśmy to już w listopadzie!) i wróciliśmy do ścisłego centrum. Czasem myślę z nostalgią o moich początkach w Bratysławie. Wszystko było takie nowe, ciekawe. Pierwszy raz mieszkałam w bloku z 3 innymi osobami. Wzruszały mnie bułki z szynką na śniadanie, zamiast croissant’ów. Osiedlowy sklep (trochę jak w Polsce wieeeele lat temu), do którego chodziłam co wieczór, bo KTOŚ rano wyjadł mi jogurt, gotowanie, słowackie wino. Pierwsze dni w pracy, chęć wywarcia dobrego wrażenia, strojenie się w żakiet. No fajne to było! Brakuje mi nawet starego mieszkania z brudaskiem z Włoch. Miało jakąś dobrą atmosferę, a po drugiej stronie ulicy miałam swoją ulubioną kawiarnię.

W niedzielę pierwszy raz w tym roku zobaczyłam oznaki jesieni. Suche liście, te na drzewach i te i pękające pod butami, brązowe i już zmęczone słońcem. Wieczory są już chłodniejsze. Brzmi to banalnie, ale taka świadomość przychodzi nagle, tak jakby lato traktowało się  jak coś, co będzie zawsze. I świadomość szalonego tempa mijającego czasu. Już prawie rok, odkąd nie widziałam Paryża. Już prawie rok na Słowacji. 26 sierpnia minęło 6 lat, odkąd mieszkam za granicą. Któregoś zimowego dnia, kiedy sypał śnieg w Paryżu, świętowałam pół roku. Co się zdarzyło w przeciągu tych pięciu i pół roku od tamtego pamiętnego dnia, kiedy gapiłam się przez okno mojej kochanej klitki gdzieś we Francji? Nie wiem. 6 lat poza Polską, a ja siedzę przy stole i podpijam kawę « na wynos » Męża, który jak zawsze pracuje i pracować musi. I dlatego jutro musi wrócić do Londynu i znowu zostawić mnie samą w obcym kraju. Bo Bratysława, jakkolwiek staram się ją polubić i wydeptać w niej ścieżki, jest dla mnie obca. Ale o tym może kiedy indziej. Znów wpadła mi do ucha muzyka, której słuchałam wtedy, wtedy – po tym, co stało się w Paryżu  w listopadzie. Leżałam chora, bez głosu, zawinięta w zimowy szalik. Piłam litrami herbatę « chrípka a nachladnutie » i chodziłam po domu utyskując na niesprawiedliwość świata. Ktoś, kto rok temu chciał uciec bardzo daleko od odpowiedzialności, w te wakacje dał mi się we znaki. Ciężko odgonić demony przeszłości, zwłaszcza, kiedy uparcie chcą przykleić się do ramienia. Sprawę udało się szybko rozwiązać. Tak jak kilka innych. Nadal nie udało mi się jednak pozbyć myśli, że nie jestem w dobrym miejscu w dobrym czasie. Ale może to przyjdzie potem.

 

Na swoim

 

Lipiec zaczął się przyjazdem J. i upałem. Od kilku miesięcy czekałam tylko na 2 lipca, magiczną datę, kiedy to na dłuższy czas miał zakończyć się koszmar o nazwie « odległość ». Nigdy wcześniej z nikim nie mieszkałam, a już na pewno nie tak długo i nie codziennie, miałam więc pewne obawy. Jak na razie okazały się bezpodstawne. Oczywiście, mieszkanie z kimś to nie to samo, co mieszkanie samemu. Raczej wstyd mi już jeść czekoladę w łóżku oglądając « głupie seriale » w niedzielę o 15, albo wydzwaniać do ukochanej Joanny na porcję plot z Poznania. Za to wreszcie mogę jeść rzeczy, których do tej pory nie kupowałam, bo po prostu nie dałabym rady zjeść ich sama. I tak, przez miesiące samotnego życia nie mogłam podołać sama:

  • bochenkowi chleba
  • opakowaniu szynki – zanim dotarłam do drugiego plasterka, robiła się zielona
  • głupio mi było samej pić wino – teraz co wieczór delektuję się kieliszkiem ukochanego czerwonego
  • opakowaniu sałaty – nie jestem w stanie zjeść koryta sałaty w 2 dni, więc szybko z lodówki machały do mnie zwiędłe liście

Jak widać, dobrze i praktycznie jest mieć w domu męża. Należy tylko wypracować wygodny dla obu stron rytm i cześć. Nie da się uciec od nudnych i znienawidzonych czynności (sprzątanie, mycie garów, gotowanie), trzeba umniejszać ich « straszność », najlepiej śmiechem. Nam jakoś udało się znaleźć równowagę i to szybko, może dlatego, że mieszkam z kimś, kto ma po prostu w miarę równo pod sufitem. Nie traktuje mnie jak pomocy kuchannej/sprzątaczki (i tak by nie mógł he he he). Nawet, kiedy nie mam siły/nie chce mi się podnieść po szklankę wody, on biegnie z pomocą. Nawet, kiedy naleśniki z hukiem lądują na ścianie (paradoks – wychodzą mi wymyślne potrawy, natomiast naleśniki/placki stają w płomieniach albo roztapiają się, jak sławne kluski).

Już nie spędzam weekendów sama, już nie jestem osiedlowym dziwadłem w kawiarni Mood’s – zawsze z komputerem w piątki, soboty, wtorki wieczorem, zawsze sama przy wielkim stole rodzinnym, zawsze z tym samym zestawem – cappuccino bez kofeiny i brownie/kanapka z bryndzą. Już nie jeżdżę sama do Ikei oglądać formy do ciast. I tak jest dobrze, i tak powinno być. Mamy taki sam rytm – lubimy intensywne zwiedzanie, ale lubimy też dni kompletnego lenistwa: leżenie w łóżku do południa, gnicie w kawiarniach ze stosem książek i gazet, spacery w celu oglądania owadów.

Nie lenimy się jednak nieustannie, ponieważ w ciągu miesiąca udało nam się zwiedzić trzy kraje, wyłączając Słowację. Byliśmy w Wiedniu, gdzie spędziliśmy miły czas w eleganckiej kawiarni, spacerując oraz wyprawiając się na stadion. Następnie był weekend w Budapeszcie, a potem kilka dni w Berlinie. Na nowo odkryłam to miasto, pierwszy raz byłam tam w 2006 r. na wycieczce szkolnej. Wspólne podróże dobrze nam się udają, jesteśmy zorganizowani jak wycieczka niemieckich emerytów. On szaleje z mapą, ja szykuję listę kawiarni/restauracji i wystaw.

Duży postęp zrobiłam też w zakresie swoich  przekonań « ubraniowych ». Z niesmakiem przyglądałam się modzie na buty sportowe. Ja, miłośniczka balerin i kozaków, jak mogłabym nawet włożyć COŚ TAKIEGO? I to jeszcze do spódnicy? Poległam jednak w Budapeszcie i rzuciłam się na miętowe New Balance. W pracy szał : « masz adidasy?? », « co masz na nogach?? », « nie wierzę! », « ale super/przecież mówiłaś, że nie twój styl?! ». Są to najwygodniejsze buty, jakie kiedykolwiek miałam i już łakomie patrzę na kolejne.

Zdobyłam się również na kupno kurek (tak tak, grzybów). Grzybów się boję, nigdy nie zbierałam i nie odważyłabym się. Nawet pieczarkom przyglądam się kilka razy. Co prawda, nic z kurek jeszcze nie powstało, ale powstanie. Gotowaniem jakoś dzielimy się. Czasem wyskoczę z czymś szalonym na kolację, a czasem dwa dni z rzędu jemy makaron z sosem bolo ze słoika. Raz On przygotował mi ratatouille do pracy (najlepsze, jakie jadłam). Nigdy nie miałam takiej przyjemności z żadnego lunchu. Co z tego, że przy biurku. Domowe. I nie musiałam sama gotować. Bzdety, ale sprawiają przyjemność.

No i joga. Gdybym tylko była mniej leniwa, na lekcje chodziłabym codziennie. Dobrze mi to robi, zwyczajnie. Z wielką trudnością odmówiłam sobie kupna ekologicznej, cudownej, różowo-brązowej maty za 60 euro. Nie zasłużyłam na nią jeszcze. Bratysława zadziwiła mnie bardzo « hipsterską » szkołą jogi. Sala pełna, same Michael’e Kors’y i leginsy Adidasa z Instagrama. Powoli przekonuję się, że wiele w tym mieście można zrobić, jeśli się chce.

 

Tęsknię tylko za Londynem. Za Londynem w rytmie « Terrible love » The National. Ale muszę przestać tęsknić, bo za jakiś czas będę tęsknić za parnym, upalnym lipcem i głupotami, które teraz czasem mnie denerwują.

Nie ma takiego miasta Londyn, jest Lądek

IMG_20160622_103557.jpg

 

Na początku czerwca zmieniłam mieszkanie. Po raz trzeci, odkąd mieszkam w Bratysławie, i po raz « nie wiem już, który » odkąd wyjechałam z Warszawy. Tak, jak chciałam, mieszkam teraz w samym centrum, bardziej już się chyba nie da (no, może na Zamku). Pod oknem jeżdżą tramwaje, właśnie na ulicy odbywa się bardzo głośna popijawa, ale i tak jest super. Jest super, bo w pokoju obok siedzi mój Mąż, uczy się słowackiego i niedługo będzie tu siedział trochę dłużej, niż te kilka dni, które mijają zawsze jak szalone. I pojedziemy wreszcie do Rzymu, Wiednia, Berlina, znów do naszego ulubionego Budapesztu, bo w lutym nasz pobyt był zdecydowanie za krótki.

Jestem dziewczyną z centrum. Wychowałam się w kamienicy. Pod oknami mojego dziecinnego pokoju z hukiem przejeżdżały dzwoniące tramwaje, odbywały się różnego rodzaju zloty, imprezy i po-imprezowe « odprowadzania » do domu jednego menela przez drugiego, a może był to profesor z panem prawnikiem? Nieważne. Nie zwracałam uwagi na huki. Były one normalną częścią codzienności i kołysały do snu. Nie lubię ciszy. Boję się jej. Zawsze chciałam być blisko centrum, tu czułam się bezpiecznie. Nie na obrzeżach, nie na wsi. W mieście, najlepiej dużym i głośnym, nawet w wakacje. Nie kuszą mnie dzielnice « zielone, ciche ». Oznacza to jedynie, że są daleko, że trzeba dojeżdżać, planować. A ja lubię iść do kawiarni ot tak, wyjść z domu i dopiero podczas spaceru zdecydować « o, tutaj zjedzmy kolację ». Lubię wracać do domu piechotą, a nie nocnym autobusem.

 

Kolejny weekend spędziliśmy w Londynie, już czwarty, odkąd polecieliśmy tam pierwszy raz w marcu. Jak zawsze ekspresowo – kolacja, spacer, nawet upchnęliśmy wystawę i zakupy. W maju byłam dłużej – aż 4 dni. W kwietniu był za to inny Londyn: bez zwiedzania, bez chodzenia. Ulubiona indyjska knajpa spod ciemnej gwiazdy, za to z cudownym jedzeniem, piątek wieczór – Brick Lane i fotografowanie street art, kawa w szwedzkiej kawiarni (« Nie ma bezkofeinowej »). Mieli za to ogród na dachu. Odwiedziliśmy szalony sklep z przyprawami z całego świata, zwiedziliśmy jedno piętrom muzeum V&A, wypiliśmy litry kawy bezkofeinowej w Costa i czytaliśmy książki z dzieciństwa.

 

A oto, dlaczego pokochałam Londyn:

# jest wielkim miastem, a ja uwielbiam wielkie miasta. Takie, w których potrzeba co najmniej godziny, aby przemierzyć je wzdłuż i wszerz. Takie, gdzie jest metro, tłumy na ulicach, sklepy nocne. Tylko takie miasta dają mi energię

# jest tłoczno i szybko, ale mniej wyczuwam tam paniki, niż w Paryżu. Londyn męczy mnie mniej. Dlaczego – nie wiem.

# jest tam wszystko. Polskie kiełbaski? Są. Nowości filowe, teatralne, najnowsze trendy z każdej możliwej dziedziny – są. Nie trzeba jechać do sąsiedniego kraju/miasta, aby kupić np. wymarzoną torebkę lub kafelki do łazienki.

# za domy, które zawsze wychodzą dobrze na Instagramie. Za parki, w których mimo tłumów można poczuć się jak na wakacjach.

 

# za weekendowe śniadania, na które chodzimy albo sami, albo z M.

# jego mieszkanie urządzone w beżach i bieli

# sklep off-licence obok jego domu, w którym znalazłam najlepsze w historii czerwone włoskie wino – idealne na popołudnie, kiedy wiosenne, ciężkie słońce wpada przez rolety, a my oglądamy głupie programy i jest po prostu dobrze

Wczoraj UK zdecydowało się opuścić Unię E. Jestem ciekawa, czy coś w niedalekiej przyszłości się zmieni. Mam nadzieję, że dalej będę mogła podróżować.

W Bratysławie za to fala upałów. Czytam kryminały od Natalii, kibicujemy razem Polsce, na AirBnb dodaję do ulubionych piękne mieszkania do wynajęcia na « kilka dni » i czekam na niego.

 

Londyn

940906_10208805043381354_8594603411164830827_n.jpg

 

Wielkanoc w tym roku spędziłam w Londynie. Nie byłam tam od 2003 (2004?) roku. Moja pierwsza wizyta okazała się katastrofą. Obsesyjne zwiedzanie przekraczające zdrowy rozsądek, przewodniczka z parasolem i mieszkanie u rodziny z marginesu. Przez wiele lat nawet nie pomyślałam o powrocie tam. Moi znajomi latali, zachwycali się, nawet mieszkali. Mnie obchodził tylko Paryż. Potem okazało się, że nie mam wyboru – wybór dokonał się sam. On jest (bardzo) z Londynu. Przylatuje tutaj najczęściej, jak się da, ale w końcu nawet ja uznałam, że zaczyna to być nie w porządku. Londyn przewijał się regularnie w naszych rozmowach, właściwie towarzyszył nam na codzień – to jego miasto. W końcu pytanie – Wielkanoc. Jakie plany? Zanim się zastanowiłam, bilety do Londynu były kupione. Po ostatnim strasznym czerwcowym locie do Paryża postanowiłam, że więcej nie wsiądę do samolotu. Teraz musiałam zmierzyć się ze swoim strachem. Dzień przed lotem spędziłam więc na intensywnym relaksie – wzięłam wolne, nigdzie nie wyszłam, przez trzy godziny robiłam lasagne, wypiłam pół litra wina musującego Hubert, poszłam kupić walizkę, a na koniec zapaliłam świeczki z Ikei o zapachu cukierków. Przygotowane mieliśmy kolorowanki relaksacyjne, naszą ulubioną książkę « Połącz kropki », pocztówki – zdrapki (należy zdrapać szarą warstwę według wzoru, pod spodem pojawia się złote tło i na koniec wyskakuje nam np. wieża Eiffel’a. Lot udał się. W nagrodę dostaliśmy Londyn o 8 rano, kawę na dworcu i nowe doświadczenia.

 

IMG_20160407_215811

IMG_20160407_222555.jpg

received_10153933259670236

received_10153933262310236

received_10153933268145236

received_10153933269200236

Pierwszy dzień (i każdy następny) był idealny – 20 stopni, słońce. Pierwszy raz od lata siedziałam na trawie – takie celebrowanie wiosny jest dla mnie bardzo ważne, mieszkałam w końcu we Francji, gdzie przy pierwszym uśmiechu słońca wszyscy jedzą na dworze, aż do jesieni. « Trawa jest mokra, nie siadamy », mówi on. Oczywiście nie ustąpiłam. Znaleźliśmy wygrzany w słońcu skrawek zieleni i usiedliśmy. Było idealnie – lot za mną, przede mną widok na Londyn z Primrose Hill i on. Potem była wizyta w jego poprzedniej dzielnicy, prosecco w jego ulubionym barze z obrażoną barmanką-Polką i zakupy. Kolejny dzień upłynął na zwiedzaniu Tate, wielkim śniadaniu w Breakfast Club i planowaniu wielkanocnego śniadania. Niestety śniadanie stanęło pod znakiem zapytania, kiedy okazało się, że pobliski polski sklep jest zamknięty. Z żurkiem miałam się więc nie spotkać. Wpadłam w wielką furię – Wielkanoc bez żurku? Musiałam pogodzić się z brakiem (znowu) elementów polskich. Trudno. Zamiast jeść święconkę poszliśmy do Tesco. Śniadanie wielkanocne było mieszanką Polski i UK : jajka z majonezem i wędzoną papryką, angielski (o dziwo pyszny) chleb, cross buns i fasola w sosie pomidorowym (a jak…). Urządziłam również zabawę w poszukiwanie czekoladowych jajek – Anglik oszalał ze szczęścia. Przywykłam już do dostosowywania się do obcych tradycji i radzę sobie z tym wspaniale. Nie wiem, czy to powód do radości, czy smutku, bo może nie umiem już walczyć o swoją polską stronę. Moja znajoma tęskniła za Polską tak bardzo, że będąc we Francji (półroczny pobyt…) sama zrobiła koszyk wielkanocny. Nic dziwnego, ale warto dodać, że koszyka nie miała, więc wykrochmaliła kawałek materiału i uformowała go tak, żeby kształtem przypominał koszyk. Chyba nie jestem wystarczająco polska i za szybko się poddaję. Trudno.

Londyn polubiłam od razu, od razu poczułam się tam dobrze. Są miasta, które natychmiast oswajam – ostatnio Budapeszt, ale też takie, których nie polubię chyba nigdy – Wiedeń czy Lyon. Najlepiej czuję się w wielkich miastach – lubię ruch, tłumy. Małe miasta mnie rozleniwiają, nigdy nie czuję się w nich dobrze. Nie wiem dlaczego Londyn w pewnym sensie był podobny do Paryża. Jedno jest pewne – czułam się tam dobrze. Zdał egzamin, co jest bardzo zadowalającą wiadomością. Nie łudzę się nawet, że Anglik kiedykolwiek opuści swój kraj. To facet z wielkiego miasta, zna na pamięć wszystkie ulice i mapę metra, kocha angielskie jedzenie i nie zamierza robić prawa jazdy. Po co, skoro i tak nigdy nie opuści Londynu?

Zmieniłam też zdanie co do angielskiego jedzenia. Oczywiście nie jest to jedzenie « na pokaz », które dobrze wygląda na instagramie, czy blogach kulinarnych, ale (oczywiście z pewnymi wyjątkami, licznymi zapewne) to proste, szczere dania. Takie, jakie dostalibyśmy u kogoś w domu. Próbowałam kiełbasek z purée, okazały się w sam raz na ulewę. W angielskich supermarketach byłam zakochana od zawsze – takiego wyboru herbat, ciastek, czekolady, chemicznych cukierków, kosmicznych jogurtów i innych « muszę to zjeść » produktów nie widziałam nigdzie indziej. Nie straszny mi sos HP ani chipsy o smaku octu, można więc powiedzieć, że w pewnym sensie zaadaptowałam się. Nie mówię o sklepach z ubraniami, w których już pierwszego dnia wydałam wszystkie pieniądze, ani o księgarniach, czy sklepach papierniczych, do których powinnam mieć zakaz wstępu. Co tu dużo mówić, Londyn jest cudowny. Trzeba tylko mieć dużo pieniędzy, czasu i siły. Cieszę się, że oprowadzał mnie po nim ktoś, kto mieszka tam od urodzenia. Miasto na drugim końcu Eurostar’a spodobało mi się tak bardzo, że wracam w przyszły weekend. A następnym razem może i na dłużej.

received_10153933287960236

Budapest, wiśniowe świeczki i wycieczki

InstagramCapture_681283b6-c4e8-4891-87a1-79aafbe5e27d

 

Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że minął rok od moich ostatnich zajęć na Uniwersytecie. Nie wiem, co stało się z moim poczuciem czasu, dla mnie ten dzień był wczoraj. Miałam na sobie zieloną « męską » koszulę w kratę, zajęcia prowadził prezydent Uniwersytetu (tak, we Francji ta funkcja nazywa się « prezydent »), a do mnie wydzwaniał przerażony kolega informujący mnie z wielkim przejęciem, że mój (ówczesny) chłopak nie daje znaku życia od trzech dni, kiedy to widziano go szastającego pieniędzmi w lokalnym barze (naszym ulubionym). Nie był to pierwszy i ostatni raz, kiedy ktoś informował mnie o jego kolejnym przestępstwie, więc zignorowałam niepokoje znajomego i wróciłam do matematyki. I tak wiedziałam, że (ówczesny) chłopak nie przegapi okazji, aby uczestniczyć w degustacji pierogów z okazji dni kultury polskiej. Nie pomyliłam się.

InstagramCapture_14947c00-8e3b-4d06-8571-d24a2921c81c

Miesiąc temu zakochałam się w Budapeszcie. W Bratysławie troche za często padał deszcz i byłam pogrążona w (sezonowej) depresji. Musiałam wyjechać. Powiedziałam do Anglika – jedźmy gdzieś. Jedźmy do Budapesztu. « Ok. ». Trzy godziny później mieliśmy zarezerwowane mieszkanie (nie ma to jak polska przedsiębiorczość), a od licznych znajomych spływały rady « co zwiedzić ». W owy piątek, bo bardzo długim i stresującym dniu w pracy i połowie butelki wina wypitej w wannie, stawiliśmy się na stacji kolejowej w Bratysławie. Oczywiście nie obyło się bez kupienia połowy zawartości dworcowego kiosku. Wychowana w wiecznym strachu przed dworcowymi kanapkami (czego ja się o nich nie nasłuchałam w dzieciństwie… To samo o wacie cukrowej i niewinnej fasolce po bolońsku z dworcowego bufetu…) kategorycznie zakazałam Anglikowi zbliżania się nawet do sympatycznej bułeczki. Dziesięć minut później siedzieliśmy w wagonie jedząc kanapki (wolę nie wiedzieć, ile dni spędziły za szybą kiosku) – z kotletem – , zagryzając je słowackimi batonami. Czułam, że łamię zasady. Ale po to są wycieczki – do dziś pamiętam, kiedy na koloniach w Jastrzębiej Górze w ciągu trzech pierwszych dni wydałam wszystkie pieniądze. W knajpach. Na kawę po irlandzku i kurczaka w sosie serowym. Utrzymywać musiała mnie BMC – kupowała mi gofry z jabłkowym żelem i chroniła przed jedzeniem w stołówce.

 

InstagramCapture_20ba18f8-c6a5-4591-ac42-b018a83f0476

Budapeszt przywitał nas deszczem i pięknym mieszkaniem. Na dwa dni staliśmy się właścicielami dwupoziomowego loftu w samym centrum. W lodówce czekało węgierskie wino, salami i batoniki z twarożkiem – tamtejsza specjalność. Dziwne, ale zaskakujące. I Nespresso. Do dziś nie odżałowałam mojej maszyny, ukradzionej sprzed drzwi mojego mieszkania w Paryżu. Musiałam zemścić się na złodzieju wypijając codziennie rano mocną dawkę waniliowego miksu. Złodzieju, jak mogłeś…

 

InstagramCapture_718050e2-bfee-4842-b8f5-e40741c7ad74.jpg

Pobyt w Budapeszcie upłynął pod znakiem wypraw do kawiarni i restauracji i spacerów. Jestem zakochana. W Budapeszcie, w tamtejszych kamienicach, jakiejś niespotkanej nigdzie indziej dekadencji. Buda przypomina mi Paryż. Szerokie ulice, art nouveau, butiki. Zamiast do restauracji z kawiorem (zamkniętej – co spowodowało wielki smutek), udaliśmy się do kawiarni urządzonej w pałacu i innych magicznych miejsc.

InstagramCapture_c1e8dddf-02f9-475c-96b3-1a8af20378f0.jpg

Po drodze były jeszcze dwie wizyty (z Poznania i Paryża) i inne wyjazdy i przyjemności. W zeszłą niedzielę udałam się do Wiednia i niestety bardzo się rozczarowałam. Nie wiem, czy powodem był zimny, przeszywający wiatr wiejący tak, że pękała mi głowa, szarość miasta, niemożność znalezienia czegokolwiek do jedzenia (poza pełnym makdonaldem). Ostrzegano mnie, żeby do Wiednia nie jechać w niedzielę, bo wszystko jest zamknięte. Nie uwierzyłam i dostałam nauczkę (i obiad w dworcowej piekarni). Pojadę tam jeszcze w lepszą pogodę i dam miastu szansę (na pewno bardzo mu zależy na mojej opinii). Z moją ukochaną A. piłyśmy słowackie wino, skręcałyśmy stół z Ikei i chyba było NAJLEPIEJ NA ŚWIECIE 😀

InstagramCapture_26f4df22-1643-4ca3-83cc-6b81a6767cc0.jpg

 

InstagramCapture_c55c4095-63a1-40c8-a757-7a645288fa4b.jpg

W międzyczasie poszłam na dwa (za krótkie) wyjścia kawowe z N. Tiramisu nie było, były za to ciekawe rozmowy, których chcę więcej i więcej. Następnym razem idziemy do Enjoy 🙂

WP_20160103_18_35_29_Pro.jpg

Kolejna Wielkanoc poza domem – tym razem po Paryżu przyszedł czas na Londyn. Dosyć uciekania, czas wrócić na pokład samolotu. Po feralnym czerwcowym locie do Paryża nie wyobrażałam sobie polecieć gdziekolwiek ponownie. Nadal sobie nie wyobrażam, nie lecę  jednak sama. Czas wrócić do Londynu po 12 latach, tym razem bez przewodniczki z parasolem, bez koleżanek z klasy i bez wydawania pieniędzy na badziewia z Claire’s. Ocenię, czy Londyn nadaje się na potencjalne miejsce do życia.

Jest 18 i śpiewają ptaki. Zima się skończyła.