Słowacja – czy można podsumować kraj?

instagramcapture_7252db7b-81e5-4498-957b-b8ed085f9e9b

Na Słowacji mieszkałam 15 miesięcy. Krótko, ale zarazem długo. Przyjechałam tu z Paryża, a decyzja była w pełni moja. Nie za pracą, nie za kimś. Po prostu. Byłam zmęczona Paryżem, bałam się tam mieszkać po wiadomych wydarzeniach. Zapragnęłam spokojniejszego kraju, cichego miasta, gdzie ochłonę. Nie znając Bratysławy, postanowiłam znaleźć tam pracę. Dostałam ją, pojechałam, pomieszkałam. Wszystkie moje obserwacje są, no właśnie – moje. Subiektywne, ale chyba nie pozbawione sensu. Nie jestem specjalistką od Słowacji, jej historii, języka. Nie chcę nią być. Mimo to, kilka wniosków wyciągnęłam. Niektóre szybko, inne pod koniec. Niektóre proste i dotyczące codziennych spraw, nad innymi musiałam trochę pomyśleć. A niektórych rzeczy do dziś nie zrozumiałam. Piszę tylko o Bratysławie, bo tam mieszkałam, nie jest więc to ocena całego kraju.

 

Co mi się podobało na Słowacji:

  • Bezpieczeństwo: Mieszkając w Bratysławie nie bałam się sama wracać do domu, nawet późno w nocy. Nie bałam się nocnych autobusów i wszystkiego tego, czego w Paryżu nie ważyłabym się zrobić po zmroku. Kieszonkowców też jakoś udało mi się uniknąć, a ze wstydem przyznaję, że częęęsto zdarza mi się jeździć tramwajem z rozpiętą torebką. Nie mówię, że napady i inne atrakcje się w Bratysławie nie zdarzają, jednak czuć, że miasto jest mniej lub bardziej bezpieczne. Może to kwestia zaufania do ludzi, może byłam naiwna.
  • Pieszo: Można przemieścić się w wiele miejsc. Gdybym się uparła, piechotą mogłabym chodzić do pracy. Centrum jest niewielkie, spokojnie można zwiedzić je w jeden dzień nie korzystając z transportu.
  • Woda, wino...: Na Słowacji kupić można pyszną wodę i wspaniałe wino. Na wodzie znam się świetnie, jest to jedyny napój poza herbatą ziołową, który piję. Słowackie wino, poza Słowacją (i może sąsiednimi krajami), jest nieznane. Szkoda- jest wspaniałe.
  • Sklepy: a dokładnie godziny otwarcia. Min. do 20. I coś, czego jeszcze nie widziałam w innych krajach – banki otwarte do 21, nawet w weekendy. Banki otwarte w weekendy! W Paryżu można sobie pomarzyć. Wiadomo, że porządna osoba się ogarnie i wszystko pozałatwia w środę o 10 rano, ja niestety nie zawsze miałam taką możliwość.
  • Położenie Bratysławy: mało które miasto jest tak dogodnie położone. Godzina od Wiednia, blisko do Czech i na Węgry.
  • Brak tłoku:  zamówienie kawy w kawiarni nie wymaga wojny i bitwy z tłumem spragnionych szaleńców (hm hm Londyn).
  • Dobry angielski: ludzie mówią po angielsku i mówią dobrze. Zawsze broniłam Słowaków, kiedy słyszałam od innych obcokrajowców, że « nikt tu nie mówi po angielsku ». Słowacki rozumiem i czasem nawet używam, jednak nie jestem w stanie załatwić niczego w tym języku. Przez cały mój pobyt angielski był moim jedynym językiem komunikacji.
  • Ucieczka z Bratysławy: Wiadomo, że stolica jest pępkiem każdego kraju i zapewne tak jak we Francji wszyscy ciągną do Paryża i zazdroszczą jego mieszkańcom (no, nie wszyscy, ok), tak na Słowacji do pracy jedzie się do Bratysławy, tutaj są najlepsze imprezy, najlepiej ubrane księżniczki z Instagrama itp. Szkoda, bo uważam, że na Słowacji są o wiele ciekawsze miejsca, niż jej stolica. Banska Bystrica (mój numer 1), Nitra (urocze miasto polecone przez N.), nawet winiarski Pezinok. Banska Bystrica – nawet nie wiem, dlaczego aż tak bardzo spodobało mi się to miasto. Atmosfera trochę jak w ukochanym Kazimierzu, klimatyczne kawiarnie, kościół na wzórzu, galeria, w której kustoszka dała mi cały karton starych przewodników po wystawach. To było moje pierwsze spotkanie ze Słowacją, do dziś uważam, że najpiękniejsze.
  • Ludzie: najważniejszy element na koniec. Słowacy to po prostu dobrzy ludzie. Może za cisi, może za skromni, ale dobrzy. Takie odniołam wrażenie. I mają miłe twarze.

 

Co mi się nie podobało:

  • Obsługa klienta: to może nie fair w stosunku do wielu przemiłych kelnerów, których spotkałam, jednak tym, co najbardziej uwierało mnie na Słowacji była słaba obsługa klienta. Wierzę, że szybko to się zmieni, biorąc pod uwagę coraz większą liczbę turystów. Miałam sporo złych przygód począwszy od po prostu chamskich kelnerek (pozdrawiam kawiarnię przy Eurovei, gdzie byliśmy świadkiem histerii i wręcz agresji zdenerwowanej kelnerki) czy nieogarniętej obsługi (czekanie na zamówienie przekraczające granice dobrego smaku itp.) Często miałam wrażenie, że zatrudnia się osoby przypadkowe, nie szkoli się ich, a jedynie za zadanie mają zbierać kasę i robić « łaskę ». Nie mówię, że w innych miastach i krajach takie coś się nie zdarza, jednak na Słowacji – w Bratysławie – spotkało mnie to na wielką skalę – w prawie większości miejsc, do których poszłam coś było nie tak.
  • Powodzie: Nie wiem do dziś, o co chodzi, jednak po najmniejszym deszczu pojawia się w Bratysławie powódź. Nie ma odpływów? Nierówny teren? Nie wiem. Byłam w szoku, kiedy pierwszy raz zobaczyłam podeszczowy krajobraz – zalane chodniki, woda po kostki. Myślałam, że jakaś katastrofa się wydarzyła, ale wszyscy spokojnie przedzierali się przez jeziorka do tramwaju. I ten szok pozostał. To samo, kiedy topi się śnieg – nikt nie odśnieża, nie sprząta. plucha leży, a właściwie pływa sobie w tę i spowrotem. To nie tylko zaniedbanie, ale po prostu niezrozumiała dla mnie głupota.
  • « Infrastruktura » miasta – można lubić Bratysławę, jednak na pewno nie można powiedzieć o niej, że to wyjątkowo piękne miasto. Owszem, są urokliwe miejsca – Starówka i okolice. Jednak często miałam wrażenie, że budynki dobierane są przez pijanego urbanistę. Najgorzej wygląda coś, co powinno robić miłe wrażenie na przyjezdnych – dworzec kolejowy i autobusowy (wiem wiem, warszawski dworzec Zachodni piękny nie jest, ale teraz piszę o Bratysławie). Nie można powiedzieć, że jest to miłe dla oka miasto. Szkoda, bo ma potencjał (i buduje się coraz więcej sensownych, eleganckich osiedli czy wieżowców).

 

Wiele innych plusów i minusów można znaleźć, ale nie o to chodzi. Na Słowacji wiele się nauczyłam. Po początkowym szoku, że SK to nie Polska (tak tak tak), zdałam sobie sprawę, że jesteśmy bardzo różni. Bardzo różni, ale koniec końców « w Ameryce zawsze najlepiej dogadywałem się z Polakami i Czechami », zwierzył mi się Były Mąż, kończąc za mnie wielką misę wietnamskiej zupy Pho w azjatyckiej knajpie w Bratysławie. To samo wyznał mi starszy pan z plakatu w Banskiej Bystrici (no dobra, on się dogadywał w czasie wojny, a nie dorabiając sobie w pracy kucharza w Nowym Jorku). Uznałam to za bardzo miłe. I taka była dla mnie Słowacja – czasem dała popalić, czasem doprowadzała do szału, ale koniec końców zawsze się dogadywałyśmy. I za to jestem dziś wdzięczna.

 

Świąteczne pustki

20161211_130712

Okres przedświąteczny od zawsze skłaniał mnie do nostalgii bardziej niż do odczuwania radości. Szał. Jedyne słowo, którym można określić to, co dzieje się w świecie tzw. social media. Od końca października szał. Prezenty, dekoracje, zakwasy, wyranbianie z połową kraju ciasta na pierniki. I myślę sobie – czy oni na serio tak? Czy wszyscy kochają święta poza mną? Czekam tylko, aż ta gorączka się skończy.

Już kiedy byłam w szkole, odczuwałam tę przedświąteczną pustkę. Kończyły się lekcje, jakaś mniej lub bardziej oswojona rutyna i nagle dostawałam gratis kilka wolnych dni. Nie wiedziałam, co zrobić. Wszyscy rozchodzili się do swoich zajęć, a ja robiłam podsumowania – że to i to mogłam zrobić inaczej. Teraz też. Okres przed świętami skłania mnie do jeszcze większej niż normalnie melancholii. Bo nagle wszystko się wycisza. Myślę o tym, co było.

Wczoraj z N. odkryłyśmy wspaniałą restaurację. Doszłam po raz kolejny do wniosku, że dobre jedzenie hipnotyzuje. Uznałyśmy obie, że najgorsze, co mężczyzna może zrobić kobiecie, to ją zawodzić. Co z tego, że raz na jakiś czas pojawiał się z orkiestrą, butelką szampana, własnoręcznie zrobioną kolacją. Co z tego, że nosił na rękach, stawiał lodowatą wódkę w klubie wszystkim jej koleżankom, mył mopem jej podłogę, rano w skacowaną bardzo niedzielę robił uzdrawiający rosół. Co z tego, że był jej panem domu, w stroju ludowym wywijał z nią szalone tańce. Co z tego, skoro go nie było, kiedy ona go potrzebowała.

UPDATE—-

Już po Świętach. Zmieniłam zdanie. Było pięknie. Tej gorączki nadal nie lubię, ale te dni, z odpowiednim nastawieniem mogą być piękne. Jeśli ktoś chce górę pierniczków, proszę bardzo, warto zacząć już na początku grudnia. U nas było jak zawsze – bez zadęcia. Tak jak lubię. Kilka dobrych przysmaków, prezenty. 25/12 zamiast wizyty u nielubianej ciotki i spin przy stole poszłam z Mamą do kawiarni na pl. Konstytucji, nasze rej0ny, nasze miasto. Doceniam wolność, jaką daje mi moja rodzina. Nikt nie czuje się do niczego zmuszony, nie ma godzinnych biesiad przy suto zastawionym stole. Czasem każde z nas chce posiedzieć samotnie, w spokoju, pomyśleć. I tak chcę, i do tego przywykłam, i tego wymagam.

Po świętach było jeszcze milej – odwiedziła mnie Mama. Każdy wie, że nie ma to jak Mama. Ogarnęła mieszkanie, gotowała (ja też!), zwiedzałyśmy Bratysławę i wpadłyśmy z nieoczekiwaną wizytą do przyjaciół rodziny na Kapitulską 2. Szaleństwo. Następnie była wizyta męża i najbardziej « dziadkowy » sylwester – o 23 zasnęliśmy, obudził nas telefon o północy. Nigdy nie przepadałam za imprezami sylwestrowymi, nigdy się na nich dobrze nie bawiłam. Do dziś jedną z moich ulubionych jest nieplanowana, spontaniczna « impreza », którą urządziliśmy sobie z moim pierwszym chłopakiem – poszliśmy do miasta po wór słodyczy (gumy, czekoladki, żelki, churrosy – cała akcja miała miejsce w zachodniej Francji – i jedliśmy je w łóżku oglądając filmy. Nie mieszkam już w Paryżu, nie jem już cukru, od 4 lat nie widziałam tamtego chłopaka, ale zamiłowanie do mini-imprez bez brokatu mi pozostało.

Czasem myślę, co spowodowało, że nigdy nie odnalazłam się w Bratysławie, nigdy nie byłam tu sobą. I chyba wiem – samotność. Trochę z wyboru, trochę z lenistwa, trochę oczywista – bo nie jest już łatwo budować relacje, mając kogoś, w dodatku kogoś bardzo daleko. Związek na odległość pochłania bardzo dużo czasu. Telefony, spotkania. Nie ma czasu na pielęgnowanie innych « relacji ». Na szczęście mam tu N., z którą mogę wyjść, zjeść, odkryć nowe miejscówki, porozmawiać. Nasza znajomość to jak typowy internetowy romans – ja zagadałam, ona odpisała, po kilku miesiącach korespondencji umówiłyśmy się w kawiarni. Niestety okazało się, że ma męża (heheh). Nie wiem, co bym tu bez niej zrobiła.

Nie robiłam za wielu podsumowań minionego roku. Ne pewno upłynął pod znakiem ciągłych podróży. Nie pamiętam już, ile razy leciałam do Londynu. 20? 18? Tam właśnie spędziłam najlepsze chwile 2016 r. Trochę czytałam, trochę kupowałam (już nie tyle, co rok temu, bardziej z głową). Starałam się zdrowiej odżywiać, kompletnie wykluczyłam cukier, nawet ćwiczyłam. I zdecydowanie za dużo oglądałam filmików o makijażu. I za dużo latałam samolotem. Nic to wszystko, najgorsze zaniedbanie – ani razu nie byłam w Paris.

 

Dear (Catherine).

« Whatever someone you become (…), I’m sending you love. »

cdsccqa.PNG

Myślałam sobie o tym, jak nasze relacje z ludźmi się zmieniają. I jak wszystko się odwraca. Kiedyś szalałam za pewną osobą, dziś ta osoba szaleje za mną.

I nieważne jak bardzo szaleje, nadal jesteśmy przyjaciółmi. Myślałam sobie, nawet za dużo o tym, co znaczy, że ja jestem Polką, a on Słowakiem. Czy rzeczywiście ta mityczna bliskość kulturowa istnieje, czy może to mit? Czy słowiańskie braterstwo ja sobie wymyśliłam? Nieważne jak żałośnie to brzmi, mimo wielu burz i kłamstw, nadal możemy na siebie liczyć.

Mogę też liczyć na gorzkie żarty na temat swojego małżeństwa. I « dzisiaj ja jestem Twoim mężem ». I wtedy myślę sobie, że to wszystko jest dziwne. Ile można sobie dokopać, płakać przez kogoś, pić duszkiem wódkę, siłą wlec go do domu po wyboistych krawężnikach francuskiego miasta. Ile można parzyć kawę, czekać na coś, co nigdy nie nadeszło, wymieniać się kluczami, bo mieliśmy tylko jeden. Ile można nocować kogoś na kanapie, zdradzać, jechać gdzieś na drugi koniec miasta, bo rosół. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi i najbardziej zaciętymi wrogami. Ale emocje już dawno opadły i miałam czas na podsumowania. Na krótki weekend, kiedy mogłam przyjrzeć się temu jakby z daleka.

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś się zobaczymy. Czasy, które kiedyś były codziennością, dziś są naszym wspólnym wspomnieniem. Razem przeżyliśmy najpiękniejsze momenty wetknięte w najbardziej nienormalne, niepoprawne i rozwrzeszczane czasy studiów. Byliśmy kimś więcej, niż przyjaciółmi « plus ». Broniliśmy siebie nawzajem. Kiedy któreś nabroiło, szliśmy błagać o jeszcze jedną szansę. I zawsze ją dostawaliśmy. Ta bezinteresowność i przymykanie oczu na wielkie zbrodnie było naszą siłą, ale też nas zniszczyło. Kiedy pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że dosyć przekrętów, że czas na carte blanche, czas na nowe – wiem, co było. Dostałam tak wielką porcję tolerancji i pomocy, jak od mało kogo innego.

 

London calling.

14712006_328702474159166_5498862228390019072_n1

Po trzech (ciężkich) tygodniach bez Męża, w końcu doczekałam się jego wizyty. Przyleciał na moje urodziny, przyleciał, bo już nie miałam siły czekać. Cudowne dni wypełnione spokojem, dobrym jedzeniem i szczęściem. Ukryte w zakamarkach prezenty, cynamonowa świeczka, Harry Potter czytany na głos przy świeżej mięcie w kawiarni, której do tej pory nie znaliśmy. Produkowałam jedną z drugą domową pizzę, upiekłam kilka tart. Zostaliśmy zaproszeni na rocznicę ślubu mojej ukochanej N. (i ukochanego M. ale nie napiszę tego, bo znów narażę się na żarty o żonatym mężczyźnie i randce w teatrze :D) Było przemiło. Śmieszy mnie to nadal – poznałyśmy się dzięki jej blogowi (a nie mam z zwyczaju zawierać znajomości w Internecie), a rok później świętowałam ważny dla niej dzień z innymi bliskimi jej ludźmi.

W sobotę wieczorem nastąpiła również moja kulminacja niezadowolenia związana z rozłąką i sytuacją taką, jaką mamy. On nie mówił nic, ja próbowałam brzmieć sensownie, ślizgając się ciągle na liściach. Następnego dnia podjęliśmy decyzję. Chociaż nie, bo decyzja była już dawno, pomiędzy wyprawą autobusem (na górnym piętrze) w kierunku Liverpool Street, a spacerem po City. Nie tyle podjęliśmy, co sformalizowaliśmy.

Londyn.

Przyszedł taki czas, że nie mam siły dłużej czekać. Czytam czasem historie par żyjących w związkach na odległość. « Między nami jest 10,000 km, widujemy się raz na pół roku », « Między nami 15 godzin różnicy, kiedy on śpi, ja wstaję », « Jesteśmy razem dwa lata, jeszcze się nie widzieliśmy, ale wierzę w nas! », « Widzimy się już za dwa miesiące na dwa dni! ». I pieprzę te historie. I pieprzę odległość. Nie mam już siły. Mam dosyć samotności, telefonu, rozmów. Bardzo piękne i motywujące są historie tych osób, gratuluję im cierpliwości i szczerze, bardzo szczerze współczuję. Nauczona dłuuugim doświadczeniem wiem, że w pewnym momencie trzeba sobie zadać pytanie: Co robimy dalej? I trzeba znaleźć na nie odpowiedź. Albo ktoś z czegoś rezygnuje i wyjeżdża. I staramy się razem coś zbudować, coś więcej, niż rozmowę przez telefon, jakąś namiastkę związku, frustracje i lęki, które towarzyszą odległości. Albo – każde idzie w swoją stronę. Radykalne, ale trzeba nam tego było. W Bratysławie, poza Natalią (no i moim teatralnym partnerem), nie mam nikogo. Nic mnie tu nie zatrzymuje. Nie mam pracy, którą darzę szczególną miłością. Kiedy myślę, czego by mi brakowało… Tylko naszych kaw chyba. Lubię też lotnisko, kiedy ja lecę do Londynu, albo kiedy czekam na jego przylot. Lubię kilka miejsc. Mój widok za oknem. I jogę.

Koniec października był piękny. Nie zimno. I kolorowo. Słońce jesienne, liście. Złoto za oknem. To moja ulubiona pora roku. Bo już mam ochotę na herbatę wieczorem. Bo już mogę palić świeczki. Bo już mogę założyć gruby, biały sweter. Bo już widać pajęczyny wiszące między drzewami. Bo mieliśmy cudne spacery, takie leniwe i przepełnione jesiennym szczęściem. Tak krótko trwa jesień, taka właśnie. Lato się dłuży cały rok, zima też. Jesień trwa kilka dni – trzeba wiedzieć, kiedy. Czekam na nią tak jak normalni ludzie czekają na lato. W tym roku zdążyłam też na sezon dyni. I przerabiałam je na wszystko, co się da – tarta, zupy, zupy jeszcze więcej. Dynie są piękne, kupuję je prawie codziennie. A po słonecznym końcu października nadchodzi mój ulubiony miesiąc – listopad. Miesiąc szaleństw.

Mieliśmy przepiękne dni końcowo-październikowe. Jeździliśmy autobusem 202. Piliśmy dużo herbaty. Bo tak lubię. Bo lubię być z nim. Bo lubię, kiedy wcześnie robi się ciemno. Bo już nie chcę dłużej tak. Może być gdziekolwiek. Byle bez wilgoci. Byle razem. Byle w Londynie.

Bądź szczęśliwa, bo lepiej nie będzie

20161008_174818

 

16.10. to nasz dzień. Dokładnie rok temu, 16.10. wsiadłam do autobusu z BA do BB i pojechałam ratować/budować coś, co było skazane na porażkę z wielu powodów. Nie przerażały mnie trudności i wiatr wiejący w oczy, wsiadłam i pojechałam, a potem był koniec. W ciągu roku zmieniło się wszystko. Ktoś inny pokazał mi, że warto było znosić porażki, żeby doczekać się ideału.

Dzisiaj dziwi mnie to, że emocje można gnieść i zmieniać jak plastelinę dzięki upływowi czasu. Ktoś, kto kiedyś był najważniejszy na świecie, dzisiaj żyje sobie, nie tak daleko i wcale nie blisko, i już nam nie zawadza. Kiedyś razem mieszkaliśmy, wieczorami gotował dla mnie zupki i piekł kaczkę, przychodził przyszyć guziki do płaszcza, chodziliśmy 4 razy w tygodniu na imprezy ze zjeżdżalnią i piaskiem z plaży, byliśmy nierozłączni. Miałam prawdziwego świra.

W niedzielę zrobiliśmy pizzę, przejechaliśmy nasz przystanek autobusowy, było słońce dokładnie takie, jak lubię. Zmieniło się wszystko, ale.

Jesteśmy przyjaciółmi na zawsze.

I always have respected her for busting out and gettin’ free.

Dom szczęścia. Londyn. I rok bez Paryża.

img_20161005_232141

 

Dzisiaj kolejny raz próbowałam medytować. Od czasu do czasu mam ochotę, a czasem jest to po prostu konieczność. Używam guided meditation, nagrań, które mają pomagać się skupić. Dzisiaj usłyszałam « wyobraź sobie miejsce, w którym jesteś szczęśliwy i spokojny ». Długo nie musiałam się zastanawiać. Nasze mieszkanie w Londynie. Ta jesień. Zeszły tydzień. Było pięknie. Było słońce. Zamiast metra był autobus. Było czekanie w domu z obiadem. I szalony tłum. I zasypianie na kanapie. I księgarnie wieczorową porą. Były poważne rozmowy i żarty na pewno nie na poziomie osób około trzydziestki (jedna bardziej, druga mniej). Tym razem kupiłam niewiele i skondensowane:

-czerwona szminka

-czerwony róż do policzków w płynie

-Vogue i herbatka nasenna.

Było też rozważanie, co dalej. Upartość to jedna z moich najgorszych czas. Nie umiem odłożyć na później. Nie umiem « przespać się » z problemem. Coś uwiera – rozwiązuję tu i teraz. Wiele razy słono za to płaciłam. Wiele razy jechałam bez trzymanki. Ale też wiele razy gratulowałam sobie odwagi. Mimo, że uwielbiam moje podróże do Londynu, wstawanie o 3 rano na autobus, całą moją podrożną « rutynę », kanapki z tuńczykiem z Prêt à manger, ekstazę, kiedy wychodzę z samolotu i wiem, że zaraz napiję się kawy z Costy i zobaczę Męża. Ale nie mam już na to siły. Wybrałam sobie miejsce, w którym chcę mieszkać.

img_20161001_100655

Wizyta w National Theater, Cécile, ja jako szef kuchni, dyniowe latte, jego praca, zwierzenia, podejrzana pakistańska knajpa, spacery po Canary Wharf, kanapki w EAT, wystawa Jeff’a Koons’a (zażartowałam, że jedna z rzeźb wygląda i może pachnie jak Play Doh i mam ochotę ją ścisnąć: « Nie wolno, zapłaciliśmy za tę wystawę 25 milionów », usłyszałam). Poznałam nowe dzielnicy Londynu i uznałam, że żadnej nie lubię tak bardzo, jak Marylebone. I naszego City. Za każdym razem zdumiewa mnie, jak wielkie jest to miasto. I jak można się tam przyjemnie pogubić i wtopić w tłum. Ale też jak źle może być, kiedy jest się tam samemu. Samemu z pieniędzmi jeszcze sobie wyobrażam. Ale samemu dla pieniędzy, w nędznej pracy. Mam szczęście, bo miasto poznaję oczami rdzennego Londyńczyka. Nie tracimy czasu na niewarte niczego rozrywki. Wiem, gdzie warto iść na obiad, którędy wyjść z tube, nasłuchałam się trochę o historii różnych miejsc. Zawsze mi go za mało. Wiem, że inwestowanie wszystkich uczuć w jedną osobę jest ponoć złe, ale jak to powiedziała koleżanka z dzieciństwa, wisi mi to i powiewa.

Mam obsesję na punkcie jesieni, a w Londynie mieliśmy ją wyjątkowo w cudnym wydaniu. Nadal spacery w marynarce, ale jednocześnie świadomość, że wiosna i lato dawno się skończyły. Dni pomarańczowe, wieczory granatowe. Wieczory na kanapie z Netflixem. Dobrze, że nie mam tego w domu. Pierwsze dni w Londynie spędziłam w stanie ogromnej senności. Mamy bardzo wygodne łóżko. Tak bardzo, że wystarczy, że położę się tam na chwilę i zasypiam. Miałam bardzo ciężkie dni w pracy i czwartą przeprowadzkę, odkąd mieszkam w Bratysławie. Potrzebowałam odpoczynku, więc śmiało zasypiałam na kanapie.

Czasem robię zapiski na papierze, żeby podsumować londyńskie dni. Chyba nie ma to jednak sensu po kilku dniach. Nic nie pamiętam. To straszne. Spędzamy chwile, które tyle znaczą, a potem zapominamy po kilku dniach.

Dziś mija rok, odkąd wyjechałam z Paryża. Nie wróciłam tam ani razu od tego czasu. Przez brak czasu, przez « bo przecież wolę lecieć do Londynu », przez brak dobrego połączenia lotniczego. I przez strach. Tam byłam inną osobą. Czułam się dobrze w swojej samotności. Przemierzałam paryskie ulice pewnym krokiem, stale gdzieś biegnąc. Po pracy upijałam się w lokalnym barze w Levallois, robiłam głupoty ciesząc się z ich bezsensowności. Jeździłam na północ Francji, żeby spędzić kilka dni z Francuzem, którego ojczym inżynier hodował osły. Umawiałam się na randki w brasserie pod domem, paliłam Gauloises, czasem przechodziłam chwilowe załamania z powodu kogoś, z kim dziś już prawie nie rozmawiam. Nie wiem, czy byłam szczęśliwa, na pewno biegłam za czymś, co stale rozmywało mi się przed oczami. Teraz samotność mnie uwiera. Jedyne czego chcę, to siedzieć w naszej cichej sypialni wiedząc, że on jest obok. Już nie szukam niczego. To, za czym tak goniłam, przygnało mnie do słowackiej stolicy. Uciekałam przed niepokojącym, różowym paryskim niebem. Bałam się czegoś i nie wiedziałam, dlaczego. Teraz już zrozumiałam.

I think I found a place where I feel I will…

Koniec lata

IMG_20160505_234033.jpg

1.09. Mąż wrócił do Londynu i zostawił Bratysławę, razem z nią również mnie. Dla niektórych to banał (« Niedługo znów się zobaczycie, o co Ci chodzi »), dla mnie to tragedia. 60 dni razem. Dzień w dzień. Codzienna pomoc, wsparcie, rozmowy. Obecność. Kiedyś lubiłam mieć wielu znajomych « od różnych rzeczy ». Lubiłam spotykać się z innymi ludźmi, żeby nie dać się nudzie. M. jest dobra na rozmowy o mężczyznach, A. na rozmowy o wszystkim, Ad. na porady dotyczące pracy i kariery. Kiedy poznałam J., wszystko się zmieniło. Bo on stał się wszystkim. Pierwszy raz uwierzyłam w to, że partner życiowy powinien być przede wszystkim przyjacielem. Wiadomo, że nie porozmawiam z nim o kosmetykach, ubraniach. Co z tego. Nawet moje głupie ploteczki z pracy traktuje poważnie.

Nie chcę pisać kilkustronicowej pochwały mojego męża. Lepiej podsumować to lato. Zanim zapomnę. Podsumować, bo dzisiaj bardzo mi źle. I bardzo mi źle, kiedy patrzę na nasze puste mieszkanie, z którego nagle zniknęła połowa rzeczy. Tylko cholerne detale przypominają, że niecałe cztery godziny temu siedzieliśmy tu razem. Buty, pusty kubek z Berlina, Nutella, którą On kupił, bo chciał wysmarować nimi kanapki. Ręcznik, koszula. On sobie leci, a ja zostałam sama z dowodem naszych owocnie spędzonych wakacji. Czekam i czekam, aż wróci. Z łazienki. Z lekcji słowackiego. Ze sklepu. Wróci, ale do Londynu, Old London Town. Dziś tego Londynu nie chcę, mam dziś do niego wstręt.


Nasze lato (lista niepełna):

  • podróże: Wiedeń, Budapeszt, Berlin, Wiedeń
  • poznawanie siebie jeszcze bardziej i dogłębnie
  • gotowanie w naszej małej kuchni
  • spacery – zawsze ta sama trasa, ale zawsze inne rozmowy
  • rytuały

Samotność. Kiedyś mi nie przeszkadzała, wręcz goniłam za nią. Czekałam na każdą chwilę, kiedy będę mogła być sama ze sobą. Mieszkając w Paryżu nie mogłam już patrzeć na ludzi. Codzienna interakcja z nimi mnie męczyła, tak samo jak wszystkie « Bonjour », « Bonne soirée », « Bonne journée » i small talk w windzie. Ale small talk być musiał, najczęściej z panią z piekarni (a nuż nie zostawi dla mnie ostatniej połówki bagietki, albo co gorsza sprzeda mi wczorajszą tarte aux pommes). Tłumy w metrze, łapanie się za poręcz, niechciany dotyk pasażera obok, krzyki, klaksony, skutery. A jeszcze trzeba było iść do Casino (bo otwarty do 22) po coś na kolację. Bo Picard już zamknięty i znowu nie będzie łososia z purée do mikrofali. Piątek był dla mnie najważniejszym dniem tygodnie, dokładnie piątek wieczorem. Zrzucałam wtedy torby i trudy całego tygodnia z umęczonych ramion, wracałam z uśmiechem do domu i pędziłam pod gorący prysznic. Miałam w tamtym czasie obsesję na punkcie płynów pod prysznic Monoprix. Moje ulubione: wata cukrowa i rabarbar. Nie był to krótki prysznic, tylko domowe SPA. I nieważne, że była dopiero 21, ja już nie wybierałam się na imprezę, tylko grzecznie, ubrana w piżamkę zasiadałam w łóżku z książką (jedną z mojej wielkiej góry sobotnich łupów z St Michel) i piłam ukochaną zieloną herbatę z miętą, również produkcji mojego ukochanego sklepu – Monoprix. W weekendy potrafiłam spać do 14, godzinami chodzić po Paryżu. Jedno było pewne – przez sekundę nie było mi źle samej. Ja tę samotność celebrowałam i pilnowałam jej. Kiedy chciałam się z kimś widzieć – widziałam. Ale dla mojej równowagi ważne były chociaż te dwa dni samotności, zwłaszcza, że za drzwiami mieszkania i za drzwiami niedzieli czyhała znienawidzona praca i pozostawione na stacjach metra czarne siatki.

WP_20151003_19_00_57_Pro.jpg

Teraz samotność znoszę o wiele gorzej, zwłaszcza po dwóch miesiącach razem. Nie mogę znaleźć miejsca. Próbuję wymyślać sobie zajęcia, ale ciężko zaszaleć z 2o euro na koncie. Może po to ludzie łączą się w pary – żeby nie oszaleć? Żeby mieć zaplanowane weekendy i plany na wakacje. A może po prostu dlatego, że zabawa w samotne « Połącz kropki » jest nudna? Samotność nie jest już czymś, za czym tęsknię, co doceniam i czym się rozkoszuję. Przeraża mnie teraz. Myślę o ludziach, którzy z jakiegoś powodu żyją w pojedynkę. Ja bym tak nie umiała. Może jestem słaba. Może po prostu miałam już swoją dawkę Paryża w samotności, a tutaj potrzebuję kogoś. Kogoś, kto zamknie na noc drzwi, nie zapomni wyłączyć kuchenki, będzie ganiał komary. Możliwe też, że spotkałam kogoś, kogo obecność mi nie dokucza, a wręcz jest potrzebna. Kiedyś marzyłam o mieszkaniu samej. Naoglądałam się za dużo nowojorskich seriali, w których główna bohaterka wieczorami pije sama wino (z uśmiechem), urządza sobie długie kąpiele (z uśmiechem), ma szafę pełną poukładanych kolorami ubrań na każdą okazje, budzi się sama i włącza ekspres do kawy (z uśmiechem), wybiega do pracy, gdzie jest bardzo zajęta, ale dopina projekt na ostatni guzik, zanim poleci na kolację ze znajomymi i wróci do domu – sama i zadowolona. To byłam ja rok temu. A dzisiaj jest nadużywanie czeskiej muzyki i niepokoje.