W poszukiwaniu Parobka

20170430_133630.jpg

 

Piszę ten post na życzenie Blanki Melanii Pasiaka. Jest w gronie moich najwierniejszych (i nielicznych, bo takie jest założenie tego bloga) czytelniczek, więc raz na jakiś czas należy jej się post sponsorowany. Pasiak poprosił mnie o artykulik na temat kawalerów, a ja w końcu mogę pisać tu, co mi się tylko podoba, więc nie odmówię mu. Pominę obecnego chłopaka, ponieważ odbiega on o lata świetlne od poniższego korowodu dziwaków i osobliwych postaci. Poniższa lista nie jest kompletna, nie mam zamiaru zdradzać się ze wszystkim.

  1. Paweł K. z obozu w Łęguckim Młynie. Ktoś zapyta, dlaczego listę otwiera nic nieznaczący z pozoru piłkarz młodzików Legii Warszawa, którego poznałam, a raczej spotkałam na obozie językowym organizowanym przez amerykański kościół. Obozie w mazurskim Łęguckim Młynie. Była to osoba ważna, i to bardziej, niż myślałam. Wtedy po raz pierwszy spotkałam się z kobiecą konkurencją i walką o samca. Paweł był śliczny (dziś już bym go tak nie nazwała, ale wtedy miałam 13 lat) i grał w piłkę najlepiej ze wszystkich obecnych. Był też niedostępny (podobno miał dziewczynę). Wzdychały do niego wszystkie dziewczyny, wymieniały się och-ami i ach-ami oraz plotkami. Nie był obojętny nawet wychowawczyni obozu (było to trochę niesmaczne ze względu na różnicę wieku ok. 20 lat). Przed dyskotekami dziewczyny drżały z podniecenia – poprosi, czy nie? Podniecenie sięgnęło zenitu, kiedy ogłoszono, że odbędą się kolonijne śluby (o tym więcej niestety w punkcie 2). Szał. Paweł ku naszemu załamaniu zdecydował się zostać księdzem (może przewidział ewentualne zamieszki kobiece w razie, gdyby ożenił się z którąś z nas). Ostatniego dnia obozu doszło do czynu nagannego. Z Pasiakiem i Justyną włamałyśmy się do pokoju Pawła, oderwałyśmy ze stołu kawałek obrusu i spryskałyśmy go jego perfumami – do dziś pamiętam zapach. Coś « blue ». Pasiak na pewno pamięta.

 

2. Piotr ze Staszica. Mój pierwszy mąż. Załamana na wieść o decyzji Pawła (ksiądz), a jednocześnie bardzo chcąca wyjść za mąż na wsi w północnej częsci kraju, oświadczyłam się matematycznemu geniuszowi przyjętemu do gimnazjum Staszica na podstawie samych olimpiad. Pielęgnowałam go nawet w trakcie choroby. nosząc mu obiady. Piotr miał żółtą piżamę i chyba nie wiedział za bardzo, w co wchodzi. Na wszelki wypadek przyniosłam ze sobą intercyzę, wg której 48h po ślubie mieliśmy się rozwieść. Mój ślub wyglądał tak, jak bardzo nie chciałabym żeby wyglądał mój drugi. Suknia z zasłony, adidasy (dzisiaj zatrważająco modne Superstary) i najokropniejszy makijaż, jaki kiedykolwiek miałam. Do dziś być może właśnie z tego powodu nie używam i gardzę bronzerami. Przysługiwała nam poślubna sesja zdjęciowa na molo, po której Piotr dzielnie przeniósł mnie przez próg i wrócił do łóżka chorować.

3. Pan M. Pierwszy poważny chłopak. Poznałam go, kiedy miałam 15 lat, na imprezie w nowokupionym, pustym mieszkaniu rodziców znajomej. Ponieważ już od tak wczesnego wieku ciągnęło mnie do mężczyzn nawiedzonych, szybko wypatrzyłam i jego. Potem był taniec przy piosence Green Day i kilka lat romansu on/off. Pierwsza randka odbyła się przy Nestea w Kamiennych Schodkach na Starówce. Pierwsza nieoficjalna – w Galerii Mokotów dzień po imprezie. Lata rozstań i powrotów, pisania i czytania wierszy, tarzania się w trawie i rozmazanego tuszu do rzęs. Byliśmy nawet przez 2 lata w jednym liceum! Romans skończył się ostatecznie wiosną 2007 r., bo po prostu wyrosłam z neurotycznego i dość niezaradnego filozofa, który do niedawna co jakiś czas ponawiał zaproszenia na kawę.

4. Pan W. Drugi poważny chłopak. Ale czy aż taki poważny, do dziś nie wiem. Poznany na wielkiej domówce w domu z basenem pod Warszawą jesienią 2007. Był najładniejszym chłopcem, istny król imprezy. Odmówił jednak bliższej znajomości z kimkolwiek, bo jak sam mówił « mam romans ». Kilka dni po imprezie odezwał się jednak do mnie i zaprosił na randkę. I tak poszliśmy na kilka miłych randek (zamierzchłe czasy, kiedy istniało jeszcze Coffee Heaven). Piliśmy mocchę z dużą ilością czekolady, siedzieliśmy objęci na kanapce i godzinami opowiadaliśmy sobie śmieszne historie z liceów (na szczęście nie byliśmy w tym samym). Piękne złego początki. W dniu moich 17 urodzin zaprosił mnie na gorącą czekoladę do Wedla, kupił czerwoną różę i poprosił o chodzenie. Pierwszy i jedyny raz, kiedy ktoś oficjalnie z tym wyskoczył. A potem okazało się, że jest praktycznie zawodowym narciarzem i od listopada do kwietnia nie ma go w Warszawie. Nie bardzo szła nam miłość na odległość, a wszystko dobił jeszcze fatalny sylwester. W. był śliczny, ale nie będę kłamać – nudny jak flaki z olejem. I co z tego, że były czekoladki z Wiednia i można było pochwalić się koleżankom. Następny proszę.

4. S. Następny podpunkt to już wielki kaliber. Francuski pan, z którym spędziłam 5 lat. Aby opisać naszą relację, nasze rozstania i głośne powroty, podróże i huragany, potrzeba chyba drugiego bloga. Nie bardzo jest mi do śmiechu, bo i nic nie było śmiesznego w tej relacji. Chyba tylko to, że prawie 2 lata się po niej zbierałam do kupy. Nadal czasami (raz na rok) rozmawiamy. Życzę mu samych sukcesów gdziekolwiek sobie dzisiaj istnieje.

5. C. czyli dramatyczny inżynier.  Poważna sprawa, która zawiodła mnie w styczniu 2015 aż do Dublina. Poznaliśmy się we Francji i od początku nie znosiliśmy (tak tak, miłość i nienawiść to prawie to samo). Pierwsza randka – szukanie idealnej koszuli męskiej i orgazmicznie pyszne czekoladki od chocolatier na głównej ulicy. Potem działo się wiele rzeczy, których raczej nie należy opisywać na publicznym forum. Była to szalona głowa, na tyle, że nieproszony przyleciał pewnego dnia do Francji z Dublina « z niespodzianką » i uciekając przed nim zrobiłam sobie dziurę w kolanie, blizna została do dziś. Kolega mieszka dziś w Emiratach Arabskich i wysłany tam przez gigantyczną korporację męczy zapewne inne głodne dramatów młode kobiety.

6. A., czyli człowiek makieta. Kolejny niewyobrażalnie piękny okaz na liście. I znowu pod względem komunikacji – porażka. Przyjechał do Francji szkolić język i bardzo chciał, żebym była jego « le professeur ». Zapewne w ojczystym języku błyskotliwy, po francusku dość prosty (delikatnie mówiąc). Sprawnie radził sobie za to ze sportem (tak tak, chodziliśmy razem biegać na stadion, jemu jednemu udało się zmusić mnie do joggingu!) i używaniem plastikowych toreb z odkurzaczem. W lodówce miał niestety tylko cocacolę i salami, ale nalegał, żebym « coś sobie ugotowała i rozgościła się ».

7. I., czyli szalony naukowiec. Kolejny naukowiec i kolejna porażka. Ale zanim porażka nastąpiła, dostałam porcję szalonych wydarzeń, tak jak lubię. Kolega był doktorem fizyki i studiował podyplomowo na jednej z francuskich uczelni. Na początku naszego « związku » przyżywałam potężny kryzys osobowości i mniej więcej raz na tydzień zrywałam z nim. Kolega był super, ale nie podobało mu się, że nie chcę mu codziennie gotować zupy. Mi z kolei nie podobało się, że pali dwie paczki papierosów dziennie. Dopiero pod koniec znajomości, już jakiś czas po « rozstaniu » polepszył nam się kontakt. Wiem, że próbował robić karierę  w Ameryce. Wiem też, że może gdybyśmy żyli w bloku a latach 80 nasza relacja by się inaczej potoczyła. No bo on taki chłopak z PRL był.

8. M., czyli … Nie wiem, jak podsumować tego. Gość pojawiał się nieraz na tym blogu. Jest to chyba jedyny, poza moim obecnym chłopakiem facet, do którego miałam coś w rodzaju szacunku. Oczywiście nie chcę być źle zrozumiana, wszystkich powyżej ceniłam, lubiłam i mile wspominam, ale tu chodzi o coś głębszego. Wiem na pewno, że pojawił się w momencie bardzo przełomowym – momencie końca studiów. Ci powyżsi byli trochę rodzajem rozrywki na nudne dni. M. poznałam, kiedy wiedziałam, że studia się kończą, a razem z nimi okres ochronny, okres zabaw, przyjemniej nauki, pachnących długopisów i związków bez odpowiedzialności. Wspólnie zagłuszaliśmy więc lęki częstymi imprezami zakrapianymi oceanem alkoholu (na swoje usprawiedliwienie powiem, że przynajmniej lepszego gatunku). M. uwielbiał gotować, zapraszać gości i wystawiać huczne kolacje. Był moją kucharką, służącą i przyjacielem 24/7, nic dziwnego, że czasem musiał poluzować i odetchnąć (wtedy lubił znikać na kilka dni). Mieliśmy życie kolorowe, wystawne, możnaby nawet powiedzieć – szampańskie. Pewny siebie, nie przeszkadzało mu, że jestem pół głowy wyższa. Potem wszystko się skomplikowało. Wiele łez wylanych, wiele przekleństw rzuconych. No ale jak mogę gniewać się  na kogoś, kto w dwudziestostopniowym mrozie powraca z pobliskiego baru tańcząc i zapewnia, że pił moje zdrowie? Potem mieszkał na Słowacji i ja tam się znalazłam (przypadkiem!). Uciekłam do Londynu – on jest tu także. Nie za ma za dobrej opinii wśród mojej rodziny i chłopaka, ale ja się uparłam i oznajmiłam, że tylko jego widzę w roli ojca chrzestnego mojego ewentualnego dziecka. Tylko on zna mnie najlepiej z czasów, kiedy ledwo idąc obżeraliśmy się frytkami o 5 rano, wracaliśmy z imprezy wyjąc w rytm « Coming home for Christmas » i siedzieliśmy bez słowa nad filiżanką kawy, bo nie było już niczego do powiedzenia. Albo właśnie dopiero się zaczynało.

9. A., czyli bezproblemowy przyjaciel z lotniska. Na koniec,  żeby nie było tak smutno, przestawiam Francuza, A. Chłopak modelowy. Wesoły i inteligentny, miał podobne zainteresowania (podróże). Poznaliśmy się na lotnisku w Dublinie, a znajomość nasza zaczęła się kilka godzin później na lotnisku w Brukseli. Jeździłam do niego na trasie Paryż-Lille. Karmiliśmy osły. On jest też ostatnią szaloną znajomością, którą zawarłam tuż przed wyjazdem z Paryża.

Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie napisałam o Ryszardzie (jego imię jest tak dla mnie komiczne, że muszę, po prostu muszę je tu napisać). Ryszarda poznałam w autokarze (!) linii Eurolines do Francji. Był tak samo jak ja uzależniony od cukinii, mieszkał na granicy Francji i Niemiec w Strasbourgu (w kuchni zasięg francuski, w salonie już niemiecki, co bardzo mi się podobało). Tak więc gotowaliśmy sobie wspólnie tę nieszczęsną cukinię, dopóki dopóty (ukochana konstrukcja językowa) nie opuściłam Ryszarda dla podpunktu 4, z którym postanowiłam się zejść po raz drugi. Szalone miłosne tragedie przypłaciłam gorączką, a co Ryszard mi nawrzucał dnia 4 grudnia 2011 (moje imieniny!!! jak śmiał), to jego.

Teraz Twoje kolej, Pasiaku!

Publicités

Dlaczego lubię Londyńczyków

 

Siedzę sobie w kawiarni i popijam matcha latte. Wokół jak zawsze tłumy, jest pora lunchu. Myślę sobie o mieszkańcach tego miasta. Czy w ogóle istnieje ktoś taki jak « prawdziwy Londyńczyk »? Może mój chłopak, urodzony i wychowany w Londynie. Większość wzięła się skądś, jak ja.

Warszawiacy (i znowu – kto jest prawdziwym Warszawiakiem, oczywiście poza mną?) są zabiegani, dobrze ubrani i bardzo cisi. Mieszkańcy Bratysławy – lubią zaczepić nieznajomego i pogadać. Są też pomocni i w jakimś sensie « solidarni » (np. wspólne narzekanie na korki czy spóźnione autobusy). Paryżanie jacy są, każdy wie. Aroganccy i piękni. Czasem niedomyci. Ale z charakterem. Lubią obgadywać innych i komentować ich odchyły od « przeciętności », np. kiedy ktoś ośmieli się zjeść kanapkę na ulicy poza porą lunchu. Lubię ich w filmach i raczej na sporą odległość.

Londyńczycy zajmują w moim prywatnym rankingu od niedawna pierwsze miejsce. To najmniej kłopotliwa populacja, z jaką zdarzyło mi się mieszkać. Powody:

  • Nikt na nikogo nie patrzy. Uwielbiam to. Nic nikogo nie obchodzi. Czuję się tu komfortowo. W Paryżu, mimo statusu i ogromu tego miasta, wyczuwałam jakąś atmosferę zaściankowości i małomiasteczkowości. Ludzie brzydko mówiąc gapili się na siebie nawzajem i komentowali zachowania innych. Tutaj tego nie ma. Nikt nie patrzy się  na ciebie, kiedy jesz, robisz zdjęcie swojej kawie, idziesz w podartych jeansach. Tutaj wreszcie nie wstydzę się sama iść na lunch czy przesiadywać z laptopem w kawiarni. Nikogo nie obchodzę. Jak cudownie!
  • Są sprawni w środkach transportu. Nikt nie stoi po lewej stronie ruchomych schodów, nie pcha się do wagonu, zanim inni wysiądą (ok, zdarza się). Musieli się tego nauczyć, inaczej każda podróz metrem kończyłaby się katastrofą i tratowaniem innych.
  • Kolejki! Ukochane kolejki! Londyńczycy z kolejek uczynili sztukę. Równe, zgodne, spokojne. I pojedyńcze. Formowania kolejek nie nauczyli się jeszcze mieszkańcy Bratysławy (sławne 498249 kolejek na lotnisku do kontroli paszportowej), Warszawiacy już lepiej (bo miasto większe i po prostu trzeba się umieć ogarnąć). W Paryżu klapa, wpychanie się przed kogoś to dla nich sztuka. A tu, jeśli staniesz w kolejce, wiesz, że nik cię nie okłamie. Nie musisz zerkać nerwowo na boki. Łamacze kolejek są surowo karani i spada na nich społeczne potępienie.
  • Sławna angielska grzeczność, którą zachwycają się turyści (wiadomo, że sztuczna i « sorry » czasem oznacza gorsze przekleństwo, niż słowo na F), ma sens. Dajesz osobie, którą potrąciłeś (albo która potrąciła ciebie) znać, że wiesz o jej istnieniu i radzisz jej jak najszybciej się oddalić. Szybkie i grzeczne, ale bezpłciowe interakcje uliczne potrafią poprawić humor na resztę dnia. No i milej jest, kiedy ktoś przeprosi za zdeptanie ci nowej pary New Balance zamiast po raz drugi bezczelnie przejechać walcem po stopach
  • Styl. Nie mówię, że wszyscy są stylowi i dobrze ubrani, ale często można zainspirować się « modowo » oglądając sobie przechodnów i ich ciuchy. Połączenia, które kiedyś wydawały mi się nieładne (np. dłuuuuuugi płaszcz, podarte jeansy i adidasy) uważam teraz za ok. No i można spokojnie chodzić w kolorowych legginsach po ulicy, a nawet wejść w nich na kawę do raw kawiarni obok siłowni.

Słodycze i kwiecień w Warszawie

IMG_20170426_021749_006.jpg

Ostatnie kilka dni spędziłam w Warszawie. A był to pobyt pełen pięknych momentów, słodyczy i słońca (mimo lodowatego wiatru). Był to też mój pierwszy przyjazd do Polski z J., którego w końcu poznali moi rodzice. Są czasem takie wyjazdy i dni, kiedy wszystko (lub prawie) układa się idealnie. Ten taki był.

Wynajęliśmy mieszkanie na Starym Mieście. Bałam się, że pierwsza wizyta może być trochę niezręczna (okazało się, że bezpodstawnie), więc wolałam, żebyśmy na wszelki wypadek mieli trochę swobody. Dziwnie, bardzo bardzo dziwnie było mi co wieczór wychodzić z domu i iść spać na Starym Mieście. Chciałam zostać, wtulić się w Mamę, posłać biednego Anglika w cholerę, położyć we własnym łóżku obłożona wszystkimi tomami Jeżycjady i domowymi kanapkami. Ale tym się cechuje dorosłość, że trzeba się czasem zmusić i nie ulec potrzebom serca (brzmi trochę pompatycznie).

Moi rodzice od razu polubili J. Traktowali go trochę jak miłego kosmitę. Mama karmiła, dokarmiała ciastem, parzyła kolejne herbaty. Graliśmy w rodzinne gry planszowe, oglądaliśmy film o tym, jak niewdzięczna córka, zamiast wyjść za mąż za miłego Greka. wybiera na złość ojcu xeno- Amerykanina z długimi włosami. Było po prostu miło, rodzinnie, było dobrze. Najchętniej całe dnie siedziałabym przy stole przemieszczając się między Mamą, J. i Tatą, ale trzeba było też coś zwiedzić. Byliśmy więc w Muzeum Powstania, na Starówce. Zabrałam J. do moich dwóch ukochanych kawiarni (Same Fusy i Karma). Dorwałam swój pamiętnik z roku 2006, kiedy to miałam pierwszego prawdziwego « chłopaka » (czyli umawiałam się na randki z bardzo nieodpowiedzialnym i neurotycznym kolegą z mojego francuskiego liceum, tarzaliśmy się w śniegu pod lasem, albo siedzieliśmy całe dnie w Łazienkach. Czasem przynosił mi też wiersze Szymborskiej, słuchaliśmy Noir Desir na jedną słuchawkę… Teraz powiedziałabym o sobie, że byłam « naiwna », ale ile przecież to miało uroku… To oczekiwanie na sms-y, na spotkanie na peronie w metrze, chowanie się przed światem w kanciapie na sprzęt sportowy, nieustanne pisanie pamiętników). Zdałam sobie sprawę, że znów siedzę w kawiarni z czasów liceum i właściwie nic się od tej pory nie zmieniło. Tylko to, że siedzę tam z kimś, kto zna prawdę o mnie, a nie z chłopakiem ze świata domysłów. Wygodna kanapa, powoli cichnące miasto. Dziwiło mnie, co ludzie robią po 22 w kawiarni w niedzielę. Zastanawiałam się, jak wygląda ich życie. Czy po prostu lubią latte po 22? Czy nikt nie czeka na nich w domu? Może pojechali do Warszawy służbowo i nie chcą siedzieć samotnie w hotelowym pokoju? Zawsze będąc nastolatką chciałam mieć tę « wolność ». Kiedyś wolność znaczyła dla mnie możliwość kupowania ciuchów za własną pensję, siedzenie do wieczora w kawiarni w centrum. Dziś za to chciałabym czasem znów być w gimnazjum. Nie musieć odpowiadać za nic, odrabiać lekcje i mieć ustalony codziennie plan dnia.

Szukanie pracy ma kilka plusów. Można siedzieć na przykład o 9 rano w Charlotte na śniadaniu, a potem jechać na « paznokcie », zamiast do biura. Czuję się czasem jak żona bogatego piłkarza, która nie trudzi się pracą, a dni spędza na zakupach, czytaniu gazet i kawie. Oczywiście to nieprawda, szukanie pracy jest gorsze niż poranne wstawanie do biura i powrót w zatłoczonym metrze. Nienajlepiej mi idzie wykorzystywanie wolnego czasu, gubię się nie mając planu dnia. Nie nadaję się też ma freelancer’a, teraz to wiem. Najlepiej mi w biurze, stałe godziny, zadania, lunch, a potem wyczekany odpoczynek i weekendy, kiedy liczy się każda wolna minuta. Oj źle mi bez ciężkiej pracy, źle.

IMG_20170426_001830_514.jpg

Zawsze chciałam mieć mieszkanie w centrum Warszawy. Albo dwa. Jedno na Starówce, drugie na Marszałkowskiej, obok Placu Zbawiciela. Wieczorami zaglądam czasem do okien mieszkańców Starego Miasta. Zastanawiam się, jak to jest mieszkać w tych kamienicach. Wydaje mi się, że czas zatrzymał się tam dawno, widzę przed oczami wyobraźni (jak to ktoś kiedyś napisał) legendy ze Starówki.

Na razie boję się pisać o planach, które zaczęły pojawiać się podczas pobytu w Polsce. Życie za granicą od 7 lat to fakt, o którym już nie myślę. Ani tu, ani we Francji nie czułam się do końca za granicą. Zawsze miałam swoje środowisko, ucieczkę. Przyjaciół, naukę, pochłaniały mnie szaleństwa, związki, rozstania, praca. Jestem emigrantem, ale się nim nie czuję. Ale częste przyjazdy do domu też mają minus. Kiedy pojawiałam się w Polsce rzadziej, problemu nie było. Siedziałam tydzień, dwa, nawet całe lato, i wracałam do Francji. Mieszkając na Słowacji, w Polsce byłam na 2 dni w grudniu 2015 i na 2 dni w 2016, czyli 4 dni. Nic. Nie miałam kiedy tęsknić, bo moją codziennością była zagranica. Teraz latam nawet dwa razy w miesiącu, bo szybciej, bo samolot, bo lot w obie strony można kupić już za 50 funtów. Jeden minus – coraz częściej myślę nad powrotem. Nie widzę różnic między Warszawą, a Londynem czy Paryżem. Mamy wszystko (sklepy, kawiarnie, nawet dwupiętrowe autobusy City Sightseeing). Zaczęłam być bliżej polskiej rzeczywistości. Po 7 latach nareszcie wiem mniej więcej, co jest « modne ». Dokąd się chodzi, co się czyta, wiem, że wychodzi nowy « Przekrój », mam co miesiąc nowy numer Kukbuka, w szafce kuchennej zapas kaszy, herbat, kawy Inka. Trasę z lotniska znam na pamięć, rodzina przestała już traktować moje wycieczki jako coś « wow ». Zapuszczam znów korzenie. Dopiero teraz mogę powiedzieć, że naprawdę mieszkam w dwóch krajach na raz. Mój chłopak uczy się polskiego, na Wielkanoc mieliśmy polską kiełbasę, chrzan, chleb. Pierwszy raz miałam koszyk ze święconką. Tylko czy to jest jeszcze Londyn, czy gonienie emigranta za iluzją swojego kraju? Czy nie zamykam się na to, co mam tu, próbując stworzyć Małą Polskę w domu? (dziwnie mi się używa tego słowa, dla mnie określa ono tylko mój dom w Warszawie). Nie wiem. Ale pewne jest jedno – nigdy nie byłam aż tak dumna z bycia Polką jak teraz.

Warszawianką. Potem Polką.

Sklep z herbatą uspokaja

17333943_186503981854634_7026963067766308864_n.jpg

 

Znowu. Znowu moje miasto. Znowu moja ulica. Zastanawiam się, czy przyciągam te wydarzenia. Znowu przypomniał mi się Paryż. Znów zachód słońca, znów ten oszukańczy, okupiony krzykami z oddali spokój. Wyszłam z biura wyjściem ewakuacyjnym. Próbowałam pracować w ciszy, zrobić co miałam zrobić i uciec. Ludzie w biurze śmiali się, krzyczeli, dzwonili, czuć było podniecenie i strach. Ja zmusiłam się do spokoju, tak jak często to robię, kiedy przedzieram się przez tłumy albo kiedy metro stanie między stacjami dłużej niż to wskazane. Potem odchorowuję ten spokój, do którego przymuszam się odkąd mieszkam w Paryżu, czyli odkąd mieszkam w niebezpiecznych miastach.

Wyszłam z biura na prawie wiosenną ulicę. Dzień jak codzień. Prawie. Z jednej strony zachmurzone, granatowe niebo, z drugiej wściekłe zachodzące słońce oświetlało kamienice i szklane budynki. I cisza. To najgorsze. Zwykle ulica jest zatłoczona, biegną nią panowie w garniturach i panie w szpilkach. Dojście do Westminster Abbey i Parlamentu zamknięte. Dlaczego zawsze po zamachu to cholerne słońce? Prawie biegnąc szukałam drogi do St James’s Park. Miałam spotkać się z J. pod Buckingham palace. Na chwilę zapomniałam o strachu, bo park był piękny. Robiłam zdjęcia kwiatom, kwitnącym na biało drzewom i pomyślałam, że cokolwiek się dzieje, dobrze, że są drzewa.

Oxford Street jak zawsze zatłoczona. Nic się nie zmieniło. I szybko do Fortnum & Mason. Sklep z herbatą. Jest dla mnie jak Tiffany dla Holly. Tam nic złego nie może się zdarzyć. Tam wszystko wygląda jak z innej epoki. Widzę eleganckie panie w wielkich sukniach i panów z podkręconym wąsem. Są daleko od tego, co przeraża mnie na zewnątrz. I dobrze, że nie jestem tu sama, dobrze, że jest mój Mąż, który zabierze mnie do domu.

LONDYN TO CHŁOPAK PARYŻA

16464577_1412248865515667_1831645376688422912_n.jpg

Od prawie dwóch miesięcy…


 

mieszkam w Londynie. Nadal nie mogę w to uwierzyć, nadal wydaje mi się, że zaraz będę musiała biec na lotnisko i wracać do BA. (notkę zaczęłam pisać, o zgrozo, pod koniec stycznia, więc jest w niej trochę nieścisłości i przedawnień – owszem, już mogę uwierzyć, że mieszkam w Londynie, a o BA mam same dobre wspomnienia – i właśnie kupuję bilet na samolot, żeby polecieć do N. i zjeść razem quiche z groszkiem z St Germain). I znów sprawdziły się słowa nawiedzonej znajomej z pracy z Paryża: jeśli miasta nie oswoisz w ciągu pierwszych 6 miesięcy, nie oswoisz nigdy. Tutaj odniosłam sukces i to od razu: niczego nie musiałam oswajać bo wiedziałam, dokąd jadę. Nie będę już walczyć z kolejną prawdą o sobie, którą znałam już dawno – dobrze czuję się tylko w dużych miastach. Takie proste. Lubię pęd. lubię tłumy, lubię nawet te wszystkie trudności. Wiem, że nie będę tu miała domu z ogrodem (luksusem jest pralka). Ale nie przyjechałam tu po pralkę. Tak samo było w Paryżu. Płaciłam krocie za 10m2, ale za to jakie to było 10m2…

Widzę spore podobieństwo między Londynem, a Paryżem. Któregoś dnia, siedząc w autobusie relacji Tate Britain – Covent Garden, powiedziałam J., że Londyn jest mężczyzną, a Paryż kobietą. I że na pewno są parą. Londyn bardziej męski, szeroki, poważny. Paryż kobiecy, frywolny, seksowny, czasem zdradliwy i namiętny.

O ile Londyn niczym raczej mnie nie zaskoczył, o tyle trudniejszym egzaminem tu jest wspólne życie. Mieszkając osobno można godzinami planować, rozmawiać, idealizować. Widzimy się raz na trzy tygodnie, na weekend? Super! Tak mało czasu, tak wiele do zrobienia! Spacery, strach « bo zaraz wyjeżdża », kolacje w restauracji. Teraz jest to samo, ale nie ma już strachu. Jest może mały « straszek » – o to, jak to wszystko ogarnąć. Jak w rozmyślaniach typu « kto ugotuje kolację » się nie zgubić. Na szczęście oboje mamy w sobie odpowiednią dawkę ironii i wierzę, że będzie dobrze.

Dopadło mnie też typowe dla wielkich miast zmęczenie. To nie takie zmęczenie, jakie znałam z BA. Tam byłam zmęczona brakiem pracy. Tu wieczorem po prostu zasypiam na kanapie. Londyn na pewno nie jest miastem dla każdego. Trzeba tu zaakceptować pewne minusy – małe mieszkania, tłumy, pęd, brudne powietrze. W nagrodę ma się poczucie, że mieszka się NAPRAWDĘ w środku czegoś bardzo ważnego i podniecającego. Mój chłopak to prawdziwy chłopak z wielkiego miasta. Ma w sobie taką niedbałość typową dla ludzi wychowanych w wielkich metropoliach. I ja też mam to w sobie. Nie wiem, ile razy pisałam, że źle czuję się w małych miastach. Nie tyle w małych – bo akceptuję ich « małość », od początku wiem, z jakim gagatkiem mam do czynienia i nie narzekam – jak w średnich udających wielkie molochy. Niby jest tam wszystko, ale… no właśnie.

Znowu psikusy robią mi wspomnienia i pamięć. Często narzekałam na Bratysławę – że mi tam źle, że pusto, że czegoś brakuje. Teraz wspominam to miasto z uśmiechem. Tęsknię za uliczkami Starówki, za tą jego małością i przytulnością. Myślałam, że nie wydeptałam tam swoich ścieżek, nie miałam swoich miejsc. Nieprawda. Kiedy myślę o Bratysławie teraz, widzę (nie wiem dlaczego) dworzec autobusowy. To stamtąd jeździłam do Polski, stamtąd odbierałam znajomych i rodzinę, stamtąd pojechaliśmy na początku stycznia z J. do Nitry, stamtąd wyruszyłam na wycieczkę do BB – jeszcze jako świeżo-przyjezdna, zachwycona wszystkim była Paryżanka. Wspominam też moją ukochaną dzielnicę – Ruzinov. Miała ona dla mnie wyjątkowo przyjazny klimat. I co z tego, że bloki, że krzywe chodniki. Było tam coś prawie że domowego. A może dlatego, że mieszkałam tam wczesną jesienią? Wspominam też dom N. i M., Petrzalkę, ich salon, w którym siedzieliśmy i jedliśmy pyszne polsko-słowackie kolacje (kanapki jak w domu, M. częstował nas piwem, « ten pasztet może ci nie zasmakować… » – po czym wyjadałam połowę opakowania). Mimo niezadowolenia, trafiałam zawsze na dobrych ludzi – moja była « landlady » – surowa, ale z którą odkryłyśmy wspólną pasję (malarstwo), sąsiad z góry, z którym « zaprzyjaźniłam » się w dość niezręcznych okolicznościach – wyjące radio, nocne wizyty, skargi wieszane na drzwiach, a wreszcie czekoladki z przeprosinami i sms z życzeniami na Nowy Rok. Mogłabym wymieniać tak długo. Dlatego niezbędna wydaje się teleportacja – móc zmieniać miejsce kiedy tylko nam źle, zatęsknić i za kilka minut wrócić.

To była pierwsza wiosenna/prawie sobota. Wiele kilometrów przespacerowałam pieszo, właściwie zwiedziłyśmy cały Londyn (a chociaż jego turystyczną część). Przypomniało mi się, jak kiedyś szłam 3 godziny przez Paryż- z Marais do Wieży Eiffel ‘a. Po imprezie, między nocą, a wschodem słońca. Pod koniec nie miałam już siły iść, ze zmęczenia śmiałyśmy się z M. ze wszystkiego. Nocny Paryż jest piękny, ale Paryż o 5 nad ranem jest straszny. Jesteś jeszcze częścią poprzedniego dnia, kiedy nowy już wstaje, a razem z nim śmieci na chodnikach, bezdomni na ławce, niedobitki po imprezach, pierwsze metro. W biurze poznałam Francuza, który mieszkał w Paryżu 4 lata. Dziś narzeka i cieszy się, że teraz jest mieszkańcem Londynu. Ja zawsze będę niezdecydowana. Paryż był i jest moją pierwszą miłością. Jest jak pierwszy chłopak, którego wspomina się czasem dobrze, czasem źle, ale nigdy nie zapomina.

Słowacja – czy można podsumować kraj?

instagramcapture_7252db7b-81e5-4498-957b-b8ed085f9e9b

Na Słowacji mieszkałam 15 miesięcy. Krótko, ale zarazem długo. Przyjechałam tu z Paryża, a decyzja była w pełni moja. Nie za pracą, nie za kimś. Po prostu. Byłam zmęczona Paryżem, bałam się tam mieszkać po wiadomych wydarzeniach. Zapragnęłam spokojniejszego kraju, cichego miasta, gdzie ochłonę. Nie znając Bratysławy, postanowiłam znaleźć tam pracę. Dostałam ją, pojechałam, pomieszkałam. Wszystkie moje obserwacje są, no właśnie – moje. Subiektywne, ale chyba nie pozbawione sensu. Nie jestem specjalistką od Słowacji, jej historii, języka. Nie chcę nią być. Mimo to, kilka wniosków wyciągnęłam. Niektóre szybko, inne pod koniec. Niektóre proste i dotyczące codziennych spraw, nad innymi musiałam trochę pomyśleć. A niektórych rzeczy do dziś nie zrozumiałam. Piszę tylko o Bratysławie, bo tam mieszkałam, nie jest więc to ocena całego kraju.

 

Co mi się podobało na Słowacji:

  • Bezpieczeństwo: Mieszkając w Bratysławie nie bałam się sama wracać do domu, nawet późno w nocy. Nie bałam się nocnych autobusów i wszystkiego tego, czego w Paryżu nie ważyłabym się zrobić po zmroku. Kieszonkowców też jakoś udało mi się uniknąć, a ze wstydem przyznaję, że częęęsto zdarza mi się jeździć tramwajem z rozpiętą torebką. Nie mówię, że napady i inne atrakcje się w Bratysławie nie zdarzają, jednak czuć, że miasto jest mniej lub bardziej bezpieczne. Może to kwestia zaufania do ludzi, może byłam naiwna.
  • Pieszo: Można przemieścić się w wiele miejsc. Gdybym się uparła, piechotą mogłabym chodzić do pracy. Centrum jest niewielkie, spokojnie można zwiedzić je w jeden dzień nie korzystając z transportu.
  • Woda, wino...: Na Słowacji kupić można pyszną wodę i wspaniałe wino. Na wodzie znam się świetnie, jest to jedyny napój poza herbatą ziołową, który piję. Słowackie wino, poza Słowacją (i może sąsiednimi krajami), jest nieznane. Szkoda- jest wspaniałe.
  • Sklepy: a dokładnie godziny otwarcia. Min. do 20. I coś, czego jeszcze nie widziałam w innych krajach – banki otwarte do 21, nawet w weekendy. Banki otwarte w weekendy! W Paryżu można sobie pomarzyć. Wiadomo, że porządna osoba się ogarnie i wszystko pozałatwia w środę o 10 rano, ja niestety nie zawsze miałam taką możliwość.
  • Położenie Bratysławy: mało które miasto jest tak dogodnie położone. Godzina od Wiednia, blisko do Czech i na Węgry.
  • Brak tłoku:  zamówienie kawy w kawiarni nie wymaga wojny i bitwy z tłumem spragnionych szaleńców (hm hm Londyn).
  • Dobry angielski: ludzie mówią po angielsku i mówią dobrze. Zawsze broniłam Słowaków, kiedy słyszałam od innych obcokrajowców, że « nikt tu nie mówi po angielsku ». Słowacki rozumiem i czasem nawet używam, jednak nie jestem w stanie załatwić niczego w tym języku. Przez cały mój pobyt angielski był moim jedynym językiem komunikacji.
  • Ucieczka z Bratysławy: Wiadomo, że stolica jest pępkiem każdego kraju i zapewne tak jak we Francji wszyscy ciągną do Paryża i zazdroszczą jego mieszkańcom (no, nie wszyscy, ok), tak na Słowacji do pracy jedzie się do Bratysławy, tutaj są najlepsze imprezy, najlepiej ubrane księżniczki z Instagrama itp. Szkoda, bo uważam, że na Słowacji są o wiele ciekawsze miejsca, niż jej stolica. Banska Bystrica (mój numer 1), Nitra (urocze miasto polecone przez N.), nawet winiarski Pezinok. Banska Bystrica – nawet nie wiem, dlaczego aż tak bardzo spodobało mi się to miasto. Atmosfera trochę jak w ukochanym Kazimierzu, klimatyczne kawiarnie, kościół na wzórzu, galeria, w której kustoszka dała mi cały karton starych przewodników po wystawach. To było moje pierwsze spotkanie ze Słowacją, do dziś uważam, że najpiękniejsze.
  • Ludzie: najważniejszy element na koniec. Słowacy to po prostu dobrzy ludzie. Może za cisi, może za skromni, ale dobrzy. Takie odniołam wrażenie. I mają miłe twarze.

 

Co mi się nie podobało:

  • Obsługa klienta: to może nie fair w stosunku do wielu przemiłych kelnerów, których spotkałam, jednak tym, co najbardziej uwierało mnie na Słowacji była słaba obsługa klienta. Wierzę, że szybko to się zmieni, biorąc pod uwagę coraz większą liczbę turystów. Miałam sporo złych przygód począwszy od po prostu chamskich kelnerek (pozdrawiam kawiarnię przy Eurovei, gdzie byliśmy świadkiem histerii i wręcz agresji zdenerwowanej kelnerki) czy nieogarniętej obsługi (czekanie na zamówienie przekraczające granice dobrego smaku itp.) Często miałam wrażenie, że zatrudnia się osoby przypadkowe, nie szkoli się ich, a jedynie za zadanie mają zbierać kasę i robić « łaskę ». Nie mówię, że w innych miastach i krajach takie coś się nie zdarza, jednak na Słowacji – w Bratysławie – spotkało mnie to na wielką skalę – w prawie większości miejsc, do których poszłam coś było nie tak.
  • Powodzie: Nie wiem do dziś, o co chodzi, jednak po najmniejszym deszczu pojawia się w Bratysławie powódź. Nie ma odpływów? Nierówny teren? Nie wiem. Byłam w szoku, kiedy pierwszy raz zobaczyłam podeszczowy krajobraz – zalane chodniki, woda po kostki. Myślałam, że jakaś katastrofa się wydarzyła, ale wszyscy spokojnie przedzierali się przez jeziorka do tramwaju. I ten szok pozostał. To samo, kiedy topi się śnieg – nikt nie odśnieża, nie sprząta. plucha leży, a właściwie pływa sobie w tę i spowrotem. To nie tylko zaniedbanie, ale po prostu niezrozumiała dla mnie głupota.
  • « Infrastruktura » miasta – można lubić Bratysławę, jednak na pewno nie można powiedzieć o niej, że to wyjątkowo piękne miasto. Owszem, są urokliwe miejsca – Starówka i okolice. Jednak często miałam wrażenie, że budynki dobierane są przez pijanego urbanistę. Najgorzej wygląda coś, co powinno robić miłe wrażenie na przyjezdnych – dworzec kolejowy i autobusowy (wiem wiem, warszawski dworzec Zachodni piękny nie jest, ale teraz piszę o Bratysławie). Nie można powiedzieć, że jest to miłe dla oka miasto. Szkoda, bo ma potencjał (i buduje się coraz więcej sensownych, eleganckich osiedli czy wieżowców).

 

Wiele innych plusów i minusów można znaleźć, ale nie o to chodzi. Na Słowacji wiele się nauczyłam. Po początkowym szoku, że SK to nie Polska (tak tak tak), zdałam sobie sprawę, że jesteśmy bardzo różni. Bardzo różni, ale koniec końców « w Ameryce zawsze najlepiej dogadywałem się z Polakami i Czechami », zwierzył mi się Były Mąż, kończąc za mnie wielką misę wietnamskiej zupy Pho w azjatyckiej knajpie w Bratysławie. To samo wyznał mi starszy pan z plakatu w Banskiej Bystrici (no dobra, on się dogadywał w czasie wojny, a nie dorabiając sobie w pracy kucharza w Nowym Jorku). Uznałam to za bardzo miłe. I taka była dla mnie Słowacja – czasem dała popalić, czasem doprowadzała do szału, ale koniec końców zawsze się dogadywałyśmy. I za to jestem dziś wdzięczna.

 

Świąteczne pustki

20161211_130712

Okres przedświąteczny od zawsze skłaniał mnie do nostalgii bardziej niż do odczuwania radości. Szał. Jedyne słowo, którym można określić to, co dzieje się w świecie tzw. social media. Od końca października szał. Prezenty, dekoracje, zakwasy, wyranbianie z połową kraju ciasta na pierniki. I myślę sobie – czy oni na serio tak? Czy wszyscy kochają święta poza mną? Czekam tylko, aż ta gorączka się skończy.

Już kiedy byłam w szkole, odczuwałam tę przedświąteczną pustkę. Kończyły się lekcje, jakaś mniej lub bardziej oswojona rutyna i nagle dostawałam gratis kilka wolnych dni. Nie wiedziałam, co zrobić. Wszyscy rozchodzili się do swoich zajęć, a ja robiłam podsumowania – że to i to mogłam zrobić inaczej. Teraz też. Okres przed świętami skłania mnie do jeszcze większej niż normalnie melancholii. Bo nagle wszystko się wycisza. Myślę o tym, co było.

Wczoraj z N. odkryłyśmy wspaniałą restaurację. Doszłam po raz kolejny do wniosku, że dobre jedzenie hipnotyzuje. Uznałyśmy obie, że najgorsze, co mężczyzna może zrobić kobiecie, to ją zawodzić. Co z tego, że raz na jakiś czas pojawiał się z orkiestrą, butelką szampana, własnoręcznie zrobioną kolacją. Co z tego, że nosił na rękach, stawiał lodowatą wódkę w klubie wszystkim jej koleżankom, mył mopem jej podłogę, rano w skacowaną bardzo niedzielę robił uzdrawiający rosół. Co z tego, że był jej panem domu, w stroju ludowym wywijał z nią szalone tańce. Co z tego, skoro go nie było, kiedy ona go potrzebowała.

UPDATE—-

Już po Świętach. Zmieniłam zdanie. Było pięknie. Tej gorączki nadal nie lubię, ale te dni, z odpowiednim nastawieniem mogą być piękne. Jeśli ktoś chce górę pierniczków, proszę bardzo, warto zacząć już na początku grudnia. U nas było jak zawsze – bez zadęcia. Tak jak lubię. Kilka dobrych przysmaków, prezenty. 25/12 zamiast wizyty u nielubianej ciotki i spin przy stole poszłam z Mamą do kawiarni na pl. Konstytucji, nasze rej0ny, nasze miasto. Doceniam wolność, jaką daje mi moja rodzina. Nikt nie czuje się do niczego zmuszony, nie ma godzinnych biesiad przy suto zastawionym stole. Czasem każde z nas chce posiedzieć samotnie, w spokoju, pomyśleć. I tak chcę, i do tego przywykłam, i tego wymagam.

Po świętach było jeszcze milej – odwiedziła mnie Mama. Każdy wie, że nie ma to jak Mama. Ogarnęła mieszkanie, gotowała (ja też!), zwiedzałyśmy Bratysławę i wpadłyśmy z nieoczekiwaną wizytą do przyjaciół rodziny na Kapitulską 2. Szaleństwo. Następnie była wizyta męża i najbardziej « dziadkowy » sylwester – o 23 zasnęliśmy, obudził nas telefon o północy. Nigdy nie przepadałam za imprezami sylwestrowymi, nigdy się na nich dobrze nie bawiłam. Do dziś jedną z moich ulubionych jest nieplanowana, spontaniczna « impreza », którą urządziliśmy sobie z moim pierwszym chłopakiem – poszliśmy do miasta po wór słodyczy (gumy, czekoladki, żelki, churrosy – cała akcja miała miejsce w zachodniej Francji – i jedliśmy je w łóżku oglądając filmy. Nie mieszkam już w Paryżu, nie jem już cukru, od 4 lat nie widziałam tamtego chłopaka, ale zamiłowanie do mini-imprez bez brokatu mi pozostało.

Czasem myślę, co spowodowało, że nigdy nie odnalazłam się w Bratysławie, nigdy nie byłam tu sobą. I chyba wiem – samotność. Trochę z wyboru, trochę z lenistwa, trochę oczywista – bo nie jest już łatwo budować relacje, mając kogoś, w dodatku kogoś bardzo daleko. Związek na odległość pochłania bardzo dużo czasu. Telefony, spotkania. Nie ma czasu na pielęgnowanie innych « relacji ». Na szczęście mam tu N., z którą mogę wyjść, zjeść, odkryć nowe miejscówki, porozmawiać. Nasza znajomość to jak typowy internetowy romans – ja zagadałam, ona odpisała, po kilku miesiącach korespondencji umówiłyśmy się w kawiarni. Niestety okazało się, że ma męża (heheh). Nie wiem, co bym tu bez niej zrobiła.

Nie robiłam za wielu podsumowań minionego roku. Ne pewno upłynął pod znakiem ciągłych podróży. Nie pamiętam już, ile razy leciałam do Londynu. 20? 18? Tam właśnie spędziłam najlepsze chwile 2016 r. Trochę czytałam, trochę kupowałam (już nie tyle, co rok temu, bardziej z głową). Starałam się zdrowiej odżywiać, kompletnie wykluczyłam cukier, nawet ćwiczyłam. I zdecydowanie za dużo oglądałam filmików o makijażu. I za dużo latałam samolotem. Nic to wszystko, najgorsze zaniedbanie – ani razu nie byłam w Paris.