Jesień z innych łóżek

22069331_164042887509992_2603262497959968768_n(1).jpg

 

Powoli zbliża się czas, na który czekam cały rok. Jesień. (Już jest, ale ja piszę zawsze z opóźnieniem, zostawiając rozgrzebaną notkę w jednej z milionów zakładek). Czas zupy dyniowej, przesiadywania w kawiarniach z książką. szarych swetrów. I przemyśleń. Zawsze jesienią działy się dla mnie najważniejsze rzeczy. Przeprowadzki, nowe mieszkania, nowe miejsca, nowe drogi i ścieżki. 3 lata temu byłam z M. 3 lata później telefon nie milknie. 2 lata temu przeprowadziłam się do Bratysławy. Do dziś pamiętam komunistyczny (ale w tym pozytywnym sensie) blok, kuchnię. gdzie rozmawialiśmy o najważniejszych sprawach świata, piliśmy wino, a potem każdy poszedł w swoją stronę (przy czym jedna ekipa poszła w « dwupaku »). Pamiętam przystanek autobusowy, z którego co rano jechałam do pracy. Wyglądał jak przystanek przy wiejskiej drodze, dziwiłam się, że to jeszcze w ogóle miasto i że jakikolwiek środek transportu tam staje. Nagle z kraju bagietek i pain au chocolat znalazłam się w kraju bułek z szynką z osiedlowego sklepu. Niby ta sama osoba, te same ubrania, ale otoczenie diametralnie inne, może mnie trochę przypiłowało. Pamiętam J., który wracał z « randek » (do dziś mam tu to za złe) i wysłuchiwał naszych problemów. Znajomość z V. nie skończyła się dobrze. Ale jedno muszę jej przyznać – to chyba wraz z nią odeszła moja « studencka » miłość do rozmów o kosmosie, ważnych, ale beztroskich. Przy winie, jeszcze bez tej potrzeby komfortu i życia na poziomie, jeszcze po paryskim mieszkaniu z antresolą, kiedy nie wiedziałam (i nie chciałam wiedzieć), że brwi trzeba malować, ubrania mają być drogie, a jedzenie nietuczące. Ta początkowa Bratysława była końcem bycia i życia jak student. Potem musiałam wziąć za siebie opowiedzialność. Zauważyłam, że alkohol mi szkodzi, że mieszkanie z 4 osobami już nie jest fajne i że może czas wziąć na poważnie atakujące mnie zewsząd rady na temat makijażu, dekoracji mieszkań i rujnowania swojej pensji na ubrania (bo kiedyś kupienie czarnej spódniczki z koronką i koszuli w zieloną kratę to byłlo wydarzenie, potem wracałam z kilogramami ubrań, które już nie cieszyły).

To były czasy przepłnione nadzieją, że w szarości Bratysławy i po tym wszystkim, co było, sklecimy jeszcze jakiś sensowny ciąg dalszy.

Jesień 3 (!) lata temu to też wycieczka w Wogezy z A., chłopakiem, z którym « byłam » prawie 3 tygodnie (!). Nic z tego nie wyszło, nie umiałam oddzielić go od budyniu, którym wtedy było moje życie uczuciowe i potraktować serio. Dziwiłam się, że ma pretensje o to,  że M. nadal ze mną mieszka (!) i że trzymamy się razem mimo huraganów. Bo nasza « znajomość », niezrozumiana przez osoby z zewnątrz, przetrwała wszystkie kryzysy. Kiedy było już okropnie i byłam po prostu fizycznie zmęczona, cieszyłam się, że M. na kilka dni wyjeżdżał. Ale potem wracał i znowu było dobrze. Po prostu nie było tam miejsca dla nikogo, chyba, że ten ktoś chciał wcisnąć się między młot, kowadło a maszynkę do makaronu i być częścią chorego dramatu, który raz na jakiś czas, wystawiony na mróź, ostygał i piękniał.

Wczoraj M. wyznał mi, że te dni były najszczęśliwsze w jego życiu.

W Wogezach zaskoczyła mnie piękność francuskiej jesieni. Spędziliśmy idealny dzień. Tam poczułam, czym jest natura (brzmi conajmniej jak zdanie z Immanuela Kanta). Jechaliśmy jego samochodem słuchając Kid Cudi na cały regulator. Jedliśmy kanapki w supermarkecie Super-U popijając je kawą z automatu. Szok! Dziś po pierwsze – nie piję kawy, po drugie – czy ja bym zgodziła się zjeść nieplanowane, gotowe kanapki siedząc w sklepie? Przeceż dziś przeszukałabym tydzień wcześniej Tripadwajsor i blogi w poszukiwaniu romantycznej górskiej chatki z najlepszym w okolicy jadłem. Wtedy nie miałam takich problemów. Wycieczka w góry była miłym przerywnikiem w życiu niezdrowego tria, które stworzyliśmy. Moja mama żartowała (mam nadzieję), że miała kiedyś kilku chłopaków na raz. Kiedy poznałam, jak męczące jest życie z dwoma na raz rzeczywiście, wycofałam się i coraz rzadziej uczęszczałam do szkoły imienia « Jak przetrwać na emocjonalnej karuzeli i rzadko spać we własnym łóżku ».

Rok temu z kolei jesień przyszła pełną parą. Było ciepło, słonecznie, mimo różnych lęków i niepokojów – jednak powoli, miękko, trochę melancholijnie. Kupowałam swetry w Londynie, w Bratysławie codziennie gotowałam zupę z dynii. Chodziłam na samotne spacery po Ruzinovie, przechodząc obok nieczynnego basenu patrzyłam na plac zabaw dla dzieci z domkiem Baby Jagi. Miałam ochotę aż polizać ściany w kształcie herbatnika. Narzekałam na samotne weekendy bez J., jadłam w łóżku sushi i próbowałam przebrnąć prez Murakamiego. Z M. piekłam pizzę (domową). Wtedy wydawało się, że wszystko jest nie tak. Dziś tęsknię za nowoczesnym mieszkaniem w nienowoczesnej dzielnicy, za moim przystankiem autobusowym.

Dziś słucham za dużo Lorda Hurona.

 

Publicités

Wyjdź za mnie za 5 lat / Aldwych, London WC2B

Dopiero co pisałam o czerwcu, a już skończył się lipiec. Od kilku lat rytm szkolnych wakacji jest dla mnie obcy. Zapominam, że jest lato, nagle « wakacje » mijają bez zastanowienia. Kiedyś plan był ustalony – szkoła, lipiec nad morzem, góry w sierpniu. Wrzesień – szkoła. Teraz praca. Praca i praca bez przerwy. Atrakcje trzeba organizować samemu. A w Londynie jest ich na szczęście dużo, aż za dużo. Początek lipca, upalny i słoneczny, zawiódł nas na północ Anglii, do miłej wsi niedaleko Sheffield. Świętowaliśmy tam urodziny teściowej. Poza kilkoma wpadkami wyszło miło. Było dobre jedzenie, robienie « gazetki » ze zdjęciami z dzieciństwa teściowej, ogród, domowy macaron, gin z tonikiem (idealny na upał), gra w domino. Weekendy też mieliśmy ciekawe. Spacery, wystawy, całe dnie spędzane w Regent’s Park (kupiliśmy nawet piknikowy koc).

Zmieniła się też nasza dieta. Cukier ograniczony do absolutnego minimum, brak mięsa. Jemy głównie warzywa, a porcje zmniejszyłam o połowę. I dobrze nam to robi. Zadziwia mnie moja dieta sprzed kilku lat. Wtedy zdawało mi się, że mogę bez konsekwencji pić litry wina, jeść kilo sera dziennie, napychać się bagietką, gotowymi sosami, czekoladą. Czekoladą… Jadłam codziennie. Co wieczór paczka ciastek (usprawiedliwia mnie fakt, że wszyscy tak kiedyś szaleli). Kebab o 6 rano, 5 kaw dziennie (z automatu…). Okazyjne papierosy, tańce co noc. Czasy, które się skończyły. Teraz zanim włożę cokolwiek do ust, dwa razy się zastanawiam. Ile kalorii, czy warto, czy coś mi to da. Zazwyczaj, jeśli na któreś z tych pytań odpowiedź jest « nie », wywalam. Nudne? Po prostu inny styl.

W czerwcu, dokładnie 18, ostatni raz widziałam się w Londynie z M. Nagle uznał, że musi wrócić w Tatry. Widziałam, że żałuje, żalił się, że nie wie, czy powienien. Poszliśmy na spacer po Covent Garden. Nauczył się wielu rzeczy, ale nigdy nie wiedział, jak ukrywać coś, czego już od dawna nie powinien pokazywać. Chciałam uciekać. Pod hotelem Waldorf usłyszałam « wyjdziesz za mnie? wyjdź za mnie. za rok ». To niemożliwe. « To wyjdź za 5 lat. Wyjdź za mnie za 5 lat ». Nie brzmiało to jak kawał dnia. Brzmiało to dość strasznie. A potem dwójka najlepszych przyjaciół poszła każde w swoją stronę. na yogę, do samolotu, do domu. Na nic moje przekonywanie go, że nie polecam ślubu z Polką. Zna na pamięć dni, kiedy rozbijały się o ścianę talerze. Dla żartu nie powiedziałam ani tak, ani nie. Takie deklaracje od osoby, która rzadko kiedy była przy mnie, kiedy potrzebowałam jego obecności.

KIEDY TO SIĘ SKOŃCZY

18645209_448224755537201_1354241207479304192_n

 

Spokojnie spałam, kiedy w niedzielę rano obudził mnie telefon od Mamy. 8 rano, trochę za wcześnie na rozmowy. « Co się stało? »- mówię w półśnie. « No bo znowu był atak… »- mówi Mama tonem takim, jakby przepraszała za zjedzenie ostatniego kawałka ciasta. Albo nieuważny turysta w galerii, kiedy tłumaczy się żonie, że musiał wziąć kredyt na spłacenie kary za stłuczenie antycznej wazy. Myślałam, że to część snu, że to nie jest, nie może być prawda. Jedno słowo. Bezradne i smutne. « Znowu ».

Bratysława 2 i koniec wakacji

18443908_208882809628363_4445399144017690624_n

 

W maju wybrałam się na kilka dni do Bratysławy. Zatrzymałam się u ukochanych N. i M. To kolejny raz, kiedy wracam do miasta, w którym kiedyś mieszkałam. Piękne uczucie, ale trzeba uważać na sentymenty.

Spędziliśmy piękne dni. Od razu po przylocie zabrano mnie na wycieczkę do Trnavy. Nigdy tam nie byłam, za to J. kiedyś wybrał się przypadkiem, w drodze do innego miasta. Trafiliśmy na targ, ale nie z warzywami, tylko z rękodziełem, ubraniami, food truck’ami i innymi naciągaczami 😉 Z Natalią podziwiałyśmy torebki, z M. skubaliśmy wafle z KMINKIEM. Tak tak, wróg numer 1 Polek i Polaków! Mój pierwszy chleb na Słowacji to wspomnienie kminkowego smutku. Wafle jednak jadłam ze smakiem, wygłodzona po długiej podróży. Wstąpiliśmy też na obiad, gdzie królowały szparagi i kofola. Następnie kawa i ciastko w cudnej kawiarence, a wieczorem wizyta w naszej ukochanej restauracji. To tam właśnie poczułam, że tyle się zmieniło. Zawsze przychodziłam tam z domu, jako mieszkanka Bratysławy. Po plotkach wracałam do domu i czytałam angielskie książki, marząc o Londynie.

Cudownie jest zatrzymać się u przyjaciół, którzy dbają o to, byś czuła się jak najlepiej. A więc: wieczorem Wujek Marian podawał pyszne drinki, a N. zabierała w nowe miejsca w BA. Tak właśnie trafiłyśmy do Fachu, gdzie jadłam najlepszy chlebek bananowy. Wizyta stała pod znakiem kawy i ciast. Co jedne to lepsze. No i wieczornym spacerów po BA, która wygląda jak włoski kurort! Tłumy przy stolikach kawiarnianych, widać, że ludzie lubią relaksować się po pracy przy kieliszku wina czy dobrym steku. BA robi się coraz przyjemniejszym miejscem do życia. Przybywa nowych kawiarni i restauracji, w księgarniach to samo, co w Londynie. Nie do końca to doceniałam, mieszkając na Słowacji, ale usprawiedliwiała mnie moja trudna sytuacja uczuciowa 😀

Z podziwem patrzyłam na pogodnych N. i M. Mimo trudności (dzieciaki są super i jestem absolutnie w nich zakochana, ale wiadomo – męczą. Nawet moja Mama przyzna!) starali się, żebym jak najlepiej wykorzystała swój pobyt i poświęcali mi dużo czasu. Starałam się chociaż trochę ich odciążyć – nie wiem, czy to dobre słowo – i jak to ciocia – organizowałam mini zabawy. Nie wiem, czy mam talent do tego, ale D. wyglądał na zainteresowanego śpiewającą ciężarówką, a MN co chwila chciała pokazywać mi swoje mapy. Czułam się jak w domu (mam nadzieję, że N i M nie przestraszą się – na razie nie grozi Wam zamieszkanie ze mną :D) i po powrocie dopadł mnie smutek podobny do tego, który przychodzi po rozstaniu z kimś niezastąpionym. Nie da się również nie wspomnieć o cudownych kolacjach i śniadaniach – nigdzie kanapki nie smakują mi tak, jak u nich w domu. To chyba znak, ze trafiłam do domu dobrych ludzi.

Dzień po powrocie do Londynu dostałam pracę. Nigdy nie myślałam, że tak bardzo można się cieszyć właśnie z tego powodu. Pracę zawsze znajdowałam bardzo szybko, sama przychodziła do mnie. Teraz jednak zajęło to 1,5 miesiąca. Niby nie długo, ale dla mnie bardzo. Bezrobocie jest fajne przez pierwsze dni – można dłużej spać, chodzić na wystawy, pić kawę w spokoju patrząc na tłumy wpadające do kawiarni na lunch, jedzące w biegu marną sałatę i bułę i rozmawiające o pracy. Potem jednak błogość zamienia się w niepokój, rosnący wprost proporcjonalnie do upływu gotówki z konta. Czasem w desperacji podejmuje się różne decyzje (ja wysyłałam CV nawet do kawiarni i przepisywacza hip hopowych piosenek, wściekła po kolejnej nieudanej rozmowie kwalifikacyjnej). Długi proces rekrutacyjny może nieźle obniżyć nam poczucie własnej wartości, nagle wydaje nam się, że nie pasujemy nigdzie, a wszystkie nasze wcześniejsze dokonania są bez wartości. Oczywiście to nieprawda i trzeba po prostu zacisnąć zęby i próbować dalej. No ale – łatwo powiedzieć. Na szczęście jestem spowrotem w biurze i bardzo mnie to cieszy.

W poszukiwaniu Parobka

20170430_133630.jpg

 

Piszę ten post na życzenie Blanki Melanii Pasiaka. Jest w gronie moich najwierniejszych (i nielicznych, bo takie jest założenie tego bloga) czytelniczek, więc raz na jakiś czas należy jej się post sponsorowany. Pasiak poprosił mnie o artykulik na temat kawalerów, a ja w końcu mogę pisać tu, co mi się tylko podoba, więc nie odmówię mu. Pominę obecnego chłopaka, ponieważ odbiega on o lata świetlne od poniższego korowodu dziwaków i osobliwych postaci. Poniższa lista nie jest kompletna, nie mam zamiaru zdradzać się ze wszystkim.

  1. Paweł K. z obozu w Łęguckim Młynie. Ktoś zapyta, dlaczego listę otwiera nic nieznaczący z pozoru piłkarz młodzików Legii Warszawa, którego poznałam, a raczej spotkałam na obozie językowym organizowanym przez amerykański kościół. Obozie w mazurskim Łęguckim Młynie. Była to osoba ważna, i to bardziej, niż myślałam. Wtedy po raz pierwszy spotkałam się z kobiecą konkurencją i walką o samca. Paweł był śliczny (dziś już bym go tak nie nazwała, ale wtedy miałam 13 lat) i grał w piłkę najlepiej ze wszystkich obecnych. Był też niedostępny (podobno miał dziewczynę). Wzdychały do niego wszystkie dziewczyny, wymieniały się och-ami i ach-ami oraz plotkami. Nie był obojętny nawet wychowawczyni obozu (było to trochę niesmaczne ze względu na różnicę wieku ok. 20 lat). Przed dyskotekami dziewczyny drżały z podniecenia – poprosi, czy nie? Podniecenie sięgnęło zenitu, kiedy ogłoszono, że odbędą się kolonijne śluby (o tym więcej niestety w punkcie 2). Szał. Paweł ku naszemu załamaniu zdecydował się zostać księdzem (może przewidział ewentualne zamieszki kobiece w razie, gdyby ożenił się z którąś z nas). Ostatniego dnia obozu doszło do czynu nagannego. Z Pasiakiem i Justyną włamałyśmy się do pokoju Pawła, oderwałyśmy ze stołu kawałek obrusu i spryskałyśmy go jego perfumami – do dziś pamiętam zapach. Coś « blue ». Pasiak na pewno pamięta.

 

2. Piotr ze Staszica. Mój pierwszy mąż. Załamana na wieść o decyzji Pawła (ksiądz), a jednocześnie bardzo chcąca wyjść za mąż na wsi w północnej częsci kraju, oświadczyłam się matematycznemu geniuszowi przyjętemu do gimnazjum Staszica na podstawie samych olimpiad. Pielęgnowałam go nawet w trakcie choroby. nosząc mu obiady. Piotr miał żółtą piżamę i chyba nie wiedział za bardzo, w co wchodzi. Na wszelki wypadek przyniosłam ze sobą intercyzę, wg której 48h po ślubie mieliśmy się rozwieść. Mój ślub wyglądał tak, jak bardzo nie chciałabym żeby wyglądał mój drugi. Suknia z zasłony, adidasy (dzisiaj zatrważająco modne Superstary) i najokropniejszy makijaż, jaki kiedykolwiek miałam. Do dziś być może właśnie z tego powodu nie używam i gardzę bronzerami. Przysługiwała nam poślubna sesja zdjęciowa na molo, po której Piotr dzielnie przeniósł mnie przez próg i wrócił do łóżka chorować.

3. Pan M. Pierwszy poważny chłopak. Poznałam go, kiedy miałam 15 lat, na imprezie w nowokupionym, pustym mieszkaniu rodziców znajomej. Ponieważ już od tak wczesnego wieku ciągnęło mnie do mężczyzn nawiedzonych, szybko wypatrzyłam i jego. Potem był taniec przy piosence Green Day i kilka lat romansu on/off. Pierwsza randka odbyła się przy Nestea w Kamiennych Schodkach na Starówce. Pierwsza nieoficjalna – w Galerii Mokotów dzień po imprezie. Lata rozstań i powrotów, pisania i czytania wierszy, tarzania się w trawie i rozmazanego tuszu do rzęs. Byliśmy nawet przez 2 lata w jednym liceum! Romans skończył się ostatecznie wiosną 2007 r., bo po prostu wyrosłam z neurotycznego i dość niezaradnego filozofa, który do niedawna co jakiś czas ponawiał zaproszenia na kawę.

4. Pan W. Drugi poważny chłopak. Ale czy aż taki poważny, do dziś nie wiem. Poznany na wielkiej domówce w domu z basenem pod Warszawą jesienią 2007. Był najładniejszym chłopcem, istny król imprezy. Odmówił jednak bliższej znajomości z kimkolwiek, bo jak sam mówił « mam romans ». Kilka dni po imprezie odezwał się jednak do mnie i zaprosił na randkę. I tak poszliśmy na kilka miłych randek (zamierzchłe czasy, kiedy istniało jeszcze Coffee Heaven). Piliśmy mocchę z dużą ilością czekolady, siedzieliśmy objęci na kanapce i godzinami opowiadaliśmy sobie śmieszne historie z liceów (na szczęście nie byliśmy w tym samym). Piękne złego początki. W dniu moich 17 urodzin zaprosił mnie na gorącą czekoladę do Wedla, kupił czerwoną różę i poprosił o chodzenie. Pierwszy i jedyny raz, kiedy ktoś oficjalnie z tym wyskoczył. A potem okazało się, że jest praktycznie zawodowym narciarzem i od listopada do kwietnia nie ma go w Warszawie. Nie bardzo szła nam miłość na odległość, a wszystko dobił jeszcze fatalny sylwester. W. był śliczny, ale nie będę kłamać – nudny jak flaki z olejem. I co z tego, że były czekoladki z Wiednia i można było pochwalić się koleżankom. Następny proszę.

4. S. Następny podpunkt to już wielki kaliber. Francuski pan, z którym spędziłam 5 lat. Aby opisać naszą relację, nasze rozstania i głośne powroty, podróże i huragany, potrzeba chyba drugiego bloga. Nie bardzo jest mi do śmiechu, bo i nic nie było śmiesznego w tej relacji. Chyba tylko to, że prawie 2 lata się po niej zbierałam do kupy. Nadal czasami (raz na rok) rozmawiamy. Życzę mu samych sukcesów gdziekolwiek sobie dzisiaj istnieje.

5. C. czyli dramatyczny inżynier.  Poważna sprawa, która zawiodła mnie w styczniu 2015 aż do Dublina. Poznaliśmy się we Francji i od początku nie znosiliśmy (tak tak, miłość i nienawiść to prawie to samo). Pierwsza randka – szukanie idealnej koszuli męskiej i orgazmicznie pyszne czekoladki od chocolatier na głównej ulicy. Potem działo się wiele rzeczy, których raczej nie należy opisywać na publicznym forum. Była to szalona głowa, na tyle, że nieproszony przyleciał pewnego dnia do Francji z Dublina « z niespodzianką » i uciekając przed nim zrobiłam sobie dziurę w kolanie, blizna została do dziś. Kolega mieszka dziś w Emiratach Arabskich i wysłany tam przez gigantyczną korporację męczy zapewne inne głodne dramatów młode kobiety.

6. A., czyli człowiek makieta. Kolejny niewyobrażalnie piękny okaz na liście. I znowu pod względem komunikacji – porażka. Przyjechał do Francji szkolić język i bardzo chciał, żebym była jego « le professeur ». Zapewne w ojczystym języku błyskotliwy, po francusku dość prosty (delikatnie mówiąc). Sprawnie radził sobie za to ze sportem (tak tak, chodziliśmy razem biegać na stadion, jemu jednemu udało się zmusić mnie do joggingu!) i używaniem plastikowych toreb z odkurzaczem. W lodówce miał niestety tylko cocacolę i salami, ale nalegał, żebym « coś sobie ugotowała i rozgościła się ».

7. I., czyli szalony naukowiec. Kolejny naukowiec i kolejna porażka. Ale zanim porażka nastąpiła, dostałam porcję szalonych wydarzeń, tak jak lubię. Kolega był doktorem fizyki i studiował podyplomowo na jednej z francuskich uczelni. Na początku naszego « związku » przyżywałam potężny kryzys osobowości i mniej więcej raz na tydzień zrywałam z nim. Kolega był super, ale nie podobało mu się, że nie chcę mu codziennie gotować zupy. Mi z kolei nie podobało się, że pali dwie paczki papierosów dziennie. Dopiero pod koniec znajomości, już jakiś czas po « rozstaniu » polepszył nam się kontakt. Wiem, że próbował robić karierę  w Ameryce. Wiem też, że może gdybyśmy żyli w bloku a latach 80 nasza relacja by się inaczej potoczyła. No bo on taki chłopak z PRL był.

8. M., czyli … Nie wiem, jak podsumować tego. Gość pojawiał się nieraz na tym blogu. Jest to chyba jedyny, poza moim obecnym chłopakiem facet, do którego miałam coś w rodzaju szacunku. Oczywiście nie chcę być źle zrozumiana, wszystkich powyżej ceniłam, lubiłam i mile wspominam, ale tu chodzi o coś głębszego. Wiem na pewno, że pojawił się w momencie bardzo przełomowym – momencie końca studiów. Ci powyżsi byli trochę rodzajem rozrywki na nudne dni. M. poznałam, kiedy wiedziałam, że studia się kończą, a razem z nimi okres ochronny, okres zabaw, przyjemniej nauki, pachnących długopisów i związków bez odpowiedzialności. Wspólnie zagłuszaliśmy więc lęki częstymi imprezami zakrapianymi oceanem alkoholu (na swoje usprawiedliwienie powiem, że przynajmniej lepszego gatunku). M. uwielbiał gotować, zapraszać gości i wystawiać huczne kolacje. Był moją kucharką, służącą i przyjacielem 24/7, nic dziwnego, że czasem musiał poluzować i odetchnąć (wtedy lubił znikać na kilka dni). Mieliśmy życie kolorowe, wystawne, możnaby nawet powiedzieć – szampańskie. Pewny siebie, nie przeszkadzało mu, że jestem pół głowy wyższa. Potem wszystko się skomplikowało. Wiele łez wylanych, wiele przekleństw rzuconych. No ale jak mogę gniewać się  na kogoś, kto w dwudziestostopniowym mrozie powraca z pobliskiego baru tańcząc i zapewnia, że pił moje zdrowie? Potem mieszkał na Słowacji i ja tam się znalazłam (przypadkiem!). Uciekłam do Londynu – on jest tu także. Nie za ma za dobrej opinii wśród mojej rodziny i chłopaka, ale ja się uparłam i oznajmiłam, że tylko jego widzę w roli ojca chrzestnego mojego ewentualnego dziecka. Tylko on zna mnie najlepiej z czasów, kiedy ledwo idąc obżeraliśmy się frytkami o 5 rano, wracaliśmy z imprezy wyjąc w rytm « Coming home for Christmas » i siedzieliśmy bez słowa nad filiżanką kawy, bo nie było już niczego do powiedzenia. Albo właśnie dopiero się zaczynało.

9. A., czyli bezproblemowy przyjaciel z lotniska. Na koniec,  żeby nie było tak smutno, przestawiam Francuza, A. Chłopak modelowy. Wesoły i inteligentny, miał podobne zainteresowania (podróże). Poznaliśmy się na lotnisku w Dublinie, a znajomość nasza zaczęła się kilka godzin później na lotnisku w Brukseli. Jeździłam do niego na trasie Paryż-Lille. Karmiliśmy osły. On jest też ostatnią szaloną znajomością, którą zawarłam tuż przed wyjazdem z Paryża.

Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie napisałam o Ryszardzie (jego imię jest tak dla mnie komiczne, że muszę, po prostu muszę je tu napisać). Ryszarda poznałam w autokarze (!) linii Eurolines do Francji. Był tak samo jak ja uzależniony od cukinii, mieszkał na granicy Francji i Niemiec w Strasbourgu (w kuchni zasięg francuski, w salonie już niemiecki, co bardzo mi się podobało). Tak więc gotowaliśmy sobie wspólnie tę nieszczęsną cukinię, dopóki dopóty (ukochana konstrukcja językowa) nie opuściłam Ryszarda dla podpunktu 4, z którym postanowiłam się zejść po raz drugi. Szalone miłosne tragedie przypłaciłam gorączką, a co Ryszard mi nawrzucał dnia 4 grudnia 2011 (moje imieniny!!! jak śmiał), to jego.

Teraz Twoje kolej, Pasiaku!

Dlaczego lubię Londyńczyków

 

Siedzę sobie w kawiarni i popijam matcha latte. Wokół jak zawsze tłumy, jest pora lunchu. Myślę sobie o mieszkańcach tego miasta. Czy w ogóle istnieje ktoś taki jak « prawdziwy Londyńczyk »? Może mój chłopak, urodzony i wychowany w Londynie. Większość wzięła się skądś, jak ja.

Warszawiacy (i znowu – kto jest prawdziwym Warszawiakiem, oczywiście poza mną?) są zabiegani, dobrze ubrani i bardzo cisi. Mieszkańcy Bratysławy – lubią zaczepić nieznajomego i pogadać. Są też pomocni i w jakimś sensie « solidarni » (np. wspólne narzekanie na korki czy spóźnione autobusy). Paryżanie jacy są, każdy wie. Aroganccy i piękni. Czasem niedomyci. Ale z charakterem. Lubią obgadywać innych i komentować ich odchyły od « przeciętności », np. kiedy ktoś ośmieli się zjeść kanapkę na ulicy poza porą lunchu. Lubię ich w filmach i raczej na sporą odległość.

Londyńczycy zajmują w moim prywatnym rankingu od niedawna pierwsze miejsce. To najmniej kłopotliwa populacja, z jaką zdarzyło mi się mieszkać. Powody:

  • Nikt na nikogo nie patrzy. Uwielbiam to. Nic nikogo nie obchodzi. Czuję się tu komfortowo. W Paryżu, mimo statusu i ogromu tego miasta, wyczuwałam jakąś atmosferę zaściankowości i małomiasteczkowości. Ludzie brzydko mówiąc gapili się na siebie nawzajem i komentowali zachowania innych. Tutaj tego nie ma. Nikt nie patrzy się  na ciebie, kiedy jesz, robisz zdjęcie swojej kawie, idziesz w podartych jeansach. Tutaj wreszcie nie wstydzę się sama iść na lunch czy przesiadywać z laptopem w kawiarni. Nikogo nie obchodzę. Jak cudownie!
  • Są sprawni w środkach transportu. Nikt nie stoi po lewej stronie ruchomych schodów, nie pcha się do wagonu, zanim inni wysiądą (ok, zdarza się). Musieli się tego nauczyć, inaczej każda podróz metrem kończyłaby się katastrofą i tratowaniem innych.
  • Kolejki! Ukochane kolejki! Londyńczycy z kolejek uczynili sztukę. Równe, zgodne, spokojne. I pojedyńcze. Formowania kolejek nie nauczyli się jeszcze mieszkańcy Bratysławy (sławne 498249 kolejek na lotnisku do kontroli paszportowej), Warszawiacy już lepiej (bo miasto większe i po prostu trzeba się umieć ogarnąć). W Paryżu klapa, wpychanie się przed kogoś to dla nich sztuka. A tu, jeśli staniesz w kolejce, wiesz, że nik cię nie okłamie. Nie musisz zerkać nerwowo na boki. Łamacze kolejek są surowo karani i spada na nich społeczne potępienie.
  • Sławna angielska grzeczność, którą zachwycają się turyści (wiadomo, że sztuczna i « sorry » czasem oznacza gorsze przekleństwo, niż słowo na F), ma sens. Dajesz osobie, którą potrąciłeś (albo która potrąciła ciebie) znać, że wiesz o jej istnieniu i radzisz jej jak najszybciej się oddalić. Szybkie i grzeczne, ale bezpłciowe interakcje uliczne potrafią poprawić humor na resztę dnia. No i milej jest, kiedy ktoś przeprosi za zdeptanie ci nowej pary New Balance zamiast po raz drugi bezczelnie przejechać walcem po stopach
  • Styl. Nie mówię, że wszyscy są stylowi i dobrze ubrani, ale często można zainspirować się « modowo » oglądając sobie przechodnów i ich ciuchy. Połączenia, które kiedyś wydawały mi się nieładne (np. dłuuuuuugi płaszcz, podarte jeansy i adidasy) uważam teraz za ok. No i można spokojnie chodzić w kolorowych legginsach po ulicy, a nawet wejść w nich na kawę do raw kawiarni obok siłowni.

Słodycze i kwiecień w Warszawie

IMG_20170426_021749_006.jpg

Ostatnie kilka dni spędziłam w Warszawie. A był to pobyt pełen pięknych momentów, słodyczy i słońca (mimo lodowatego wiatru). Był to też mój pierwszy przyjazd do Polski z J., którego w końcu poznali moi rodzice. Są czasem takie wyjazdy i dni, kiedy wszystko (lub prawie) układa się idealnie. Ten taki był.

Wynajęliśmy mieszkanie na Starym Mieście. Bałam się, że pierwsza wizyta może być trochę niezręczna (okazało się, że bezpodstawnie), więc wolałam, żebyśmy na wszelki wypadek mieli trochę swobody. Dziwnie, bardzo bardzo dziwnie było mi co wieczór wychodzić z domu i iść spać na Starym Mieście. Chciałam zostać, wtulić się w Mamę, posłać biednego Anglika w cholerę, położyć we własnym łóżku obłożona wszystkimi tomami Jeżycjady i domowymi kanapkami. Ale tym się cechuje dorosłość, że trzeba się czasem zmusić i nie ulec potrzebom serca (brzmi trochę pompatycznie).

Moi rodzice od razu polubili J. Traktowali go trochę jak miłego kosmitę. Mama karmiła, dokarmiała ciastem, parzyła kolejne herbaty. Graliśmy w rodzinne gry planszowe, oglądaliśmy film o tym, jak niewdzięczna córka, zamiast wyjść za mąż za miłego Greka. wybiera na złość ojcu xeno- Amerykanina z długimi włosami. Było po prostu miło, rodzinnie, było dobrze. Najchętniej całe dnie siedziałabym przy stole przemieszczając się między Mamą, J. i Tatą, ale trzeba było też coś zwiedzić. Byliśmy więc w Muzeum Powstania, na Starówce. Zabrałam J. do moich dwóch ukochanych kawiarni (Same Fusy i Karma). Dorwałam swój pamiętnik z roku 2006, kiedy to miałam pierwszego prawdziwego « chłopaka » (czyli umawiałam się na randki z bardzo nieodpowiedzialnym i neurotycznym kolegą z mojego francuskiego liceum, tarzaliśmy się w śniegu pod lasem, albo siedzieliśmy całe dnie w Łazienkach. Czasem przynosił mi też wiersze Szymborskiej, słuchaliśmy Noir Desir na jedną słuchawkę… Teraz powiedziałabym o sobie, że byłam « naiwna », ale ile przecież to miało uroku… To oczekiwanie na sms-y, na spotkanie na peronie w metrze, chowanie się przed światem w kanciapie na sprzęt sportowy, nieustanne pisanie pamiętników). Zdałam sobie sprawę, że znów siedzę w kawiarni z czasów liceum i właściwie nic się od tej pory nie zmieniło. Tylko to, że siedzę tam z kimś, kto zna prawdę o mnie, a nie z chłopakiem ze świata domysłów. Wygodna kanapa, powoli cichnące miasto. Dziwiło mnie, co ludzie robią po 22 w kawiarni w niedzielę. Zastanawiałam się, jak wygląda ich życie. Czy po prostu lubią latte po 22? Czy nikt nie czeka na nich w domu? Może pojechali do Warszawy służbowo i nie chcą siedzieć samotnie w hotelowym pokoju? Zawsze będąc nastolatką chciałam mieć tę « wolność ». Kiedyś wolność znaczyła dla mnie możliwość kupowania ciuchów za własną pensję, siedzenie do wieczora w kawiarni w centrum. Dziś za to chciałabym czasem znów być w gimnazjum. Nie musieć odpowiadać za nic, odrabiać lekcje i mieć ustalony codziennie plan dnia.

Szukanie pracy ma kilka plusów. Można siedzieć na przykład o 9 rano w Charlotte na śniadaniu, a potem jechać na « paznokcie », zamiast do biura. Czuję się czasem jak żona bogatego piłkarza, która nie trudzi się pracą, a dni spędza na zakupach, czytaniu gazet i kawie. Oczywiście to nieprawda, szukanie pracy jest gorsze niż poranne wstawanie do biura i powrót w zatłoczonym metrze. Nienajlepiej mi idzie wykorzystywanie wolnego czasu, gubię się nie mając planu dnia. Nie nadaję się też ma freelancer’a, teraz to wiem. Najlepiej mi w biurze, stałe godziny, zadania, lunch, a potem wyczekany odpoczynek i weekendy, kiedy liczy się każda wolna minuta. Oj źle mi bez ciężkiej pracy, źle.

IMG_20170426_001830_514.jpg

Zawsze chciałam mieć mieszkanie w centrum Warszawy. Albo dwa. Jedno na Starówce, drugie na Marszałkowskiej, obok Placu Zbawiciela. Wieczorami zaglądam czasem do okien mieszkańców Starego Miasta. Zastanawiam się, jak to jest mieszkać w tych kamienicach. Wydaje mi się, że czas zatrzymał się tam dawno, widzę przed oczami wyobraźni (jak to ktoś kiedyś napisał) legendy ze Starówki.

Na razie boję się pisać o planach, które zaczęły pojawiać się podczas pobytu w Polsce. Życie za granicą od 7 lat to fakt, o którym już nie myślę. Ani tu, ani we Francji nie czułam się do końca za granicą. Zawsze miałam swoje środowisko, ucieczkę. Przyjaciół, naukę, pochłaniały mnie szaleństwa, związki, rozstania, praca. Jestem emigrantem, ale się nim nie czuję. Ale częste przyjazdy do domu też mają minus. Kiedy pojawiałam się w Polsce rzadziej, problemu nie było. Siedziałam tydzień, dwa, nawet całe lato, i wracałam do Francji. Mieszkając na Słowacji, w Polsce byłam na 2 dni w grudniu 2015 i na 2 dni w 2016, czyli 4 dni. Nic. Nie miałam kiedy tęsknić, bo moją codziennością była zagranica. Teraz latam nawet dwa razy w miesiącu, bo szybciej, bo samolot, bo lot w obie strony można kupić już za 50 funtów. Jeden minus – coraz częściej myślę nad powrotem. Nie widzę różnic między Warszawą, a Londynem czy Paryżem. Mamy wszystko (sklepy, kawiarnie, nawet dwupiętrowe autobusy City Sightseeing). Zaczęłam być bliżej polskiej rzeczywistości. Po 7 latach nareszcie wiem mniej więcej, co jest « modne ». Dokąd się chodzi, co się czyta, wiem, że wychodzi nowy « Przekrój », mam co miesiąc nowy numer Kukbuka, w szafce kuchennej zapas kaszy, herbat, kawy Inka. Trasę z lotniska znam na pamięć, rodzina przestała już traktować moje wycieczki jako coś « wow ». Zapuszczam znów korzenie. Dopiero teraz mogę powiedzieć, że naprawdę mieszkam w dwóch krajach na raz. Mój chłopak uczy się polskiego, na Wielkanoc mieliśmy polską kiełbasę, chrzan, chleb. Pierwszy raz miałam koszyk ze święconką. Tylko czy to jest jeszcze Londyn, czy gonienie emigranta za iluzją swojego kraju? Czy nie zamykam się na to, co mam tu, próbując stworzyć Małą Polskę w domu? (dziwnie mi się używa tego słowa, dla mnie określa ono tylko mój dom w Warszawie). Nie wiem. Ale pewne jest jedno – nigdy nie byłam aż tak dumna z bycia Polką jak teraz.

Warszawianką. Potem Polką.