W poszukiwaniu Parobka

20170430_133630.jpg

 

Piszę ten post na życzenie Blanki Melanii Pasiaka. Jest w gronie moich najwierniejszych (i nielicznych, bo takie jest założenie tego bloga) czytelniczek, więc raz na jakiś czas należy jej się post sponsorowany. Pasiak poprosił mnie o artykulik na temat kawalerów, a ja w końcu mogę pisać tu, co mi się tylko podoba, więc nie odmówię mu. Pominę obecnego chłopaka, ponieważ odbiega on o lata świetlne od poniższego korowodu dziwaków i osobliwych postaci. Poniższa lista nie jest kompletna, nie mam zamiaru zdradzać się ze wszystkim.

  1. Paweł K. z obozu w Łęguckim Młynie. Ktoś zapyta, dlaczego listę otwiera nic nieznaczący z pozoru piłkarz młodzików Legii Warszawa, którego poznałam, a raczej spotkałam na obozie językowym organizowanym przez amerykański kościół. Obozie w mazurskim Łęguckim Młynie. Była to osoba ważna, i to bardziej, niż myślałam. Wtedy po raz pierwszy spotkałam się z kobiecą konkurencją i walką o samca. Paweł był śliczny (dziś już bym go tak nie nazwała, ale wtedy miałam 13 lat) i grał w piłkę najlepiej ze wszystkich obecnych. Był też niedostępny (podobno miał dziewczynę). Wzdychały do niego wszystkie dziewczyny, wymieniały się och-ami i ach-ami oraz plotkami. Nie był obojętny nawet wychowawczyni obozu (było to trochę niesmaczne ze względu na różnicę wieku ok. 20 lat). Przed dyskotekami dziewczyny drżały z podniecenia – poprosi, czy nie? Podniecenie sięgnęło zenitu, kiedy ogłoszono, że odbędą się kolonijne śluby (o tym więcej niestety w punkcie 2). Szał. Paweł ku naszemu załamaniu zdecydował się zostać księdzem (może przewidział ewentualne zamieszki kobiece w razie, gdyby ożenił się z którąś z nas). Ostatniego dnia obozu doszło do czynu nagannego. Z Pasiakiem i Justyną włamałyśmy się do pokoju Pawła, oderwałyśmy ze stołu kawałek obrusu i spryskałyśmy go jego perfumami – do dziś pamiętam zapach. Coś « blue ». Pasiak na pewno pamięta.

 

2. Piotr ze Staszica. Mój pierwszy mąż. Załamana na wieść o decyzji Pawła (ksiądz), a jednocześnie bardzo chcąca wyjść za mąż na wsi w północnej częsci kraju, oświadczyłam się matematycznemu geniuszowi przyjętemu do gimnazjum Staszica na podstawie samych olimpiad. Pielęgnowałam go nawet w trakcie choroby. nosząc mu obiady. Piotr miał żółtą piżamę i chyba nie wiedział za bardzo, w co wchodzi. Na wszelki wypadek przyniosłam ze sobą intercyzę, wg której 48h po ślubie mieliśmy się rozwieść. Mój ślub wyglądał tak, jak bardzo nie chciałabym żeby wyglądał mój drugi. Suknia z zasłony, adidasy (dzisiaj zatrważająco modne Superstary) i najokropniejszy makijaż, jaki kiedykolwiek miałam. Do dziś być może właśnie z tego powodu nie używam i gardzę bronzerami. Przysługiwała nam poślubna sesja zdjęciowa na molo, po której Piotr dzielnie przeniósł mnie przez próg i wrócił do łóżka chorować.

3. Pan M. Pierwszy poważny chłopak. Poznałam go, kiedy miałam 15 lat, na imprezie w nowokupionym, pustym mieszkaniu rodziców znajomej. Ponieważ już od tak wczesnego wieku ciągnęło mnie do mężczyzn nawiedzonych, szybko wypatrzyłam i jego. Potem był taniec przy piosence Green Day i kilka lat romansu on/off. Pierwsza randka odbyła się przy Nestea w Kamiennych Schodkach na Starówce. Pierwsza nieoficjalna – w Galerii Mokotów dzień po imprezie. Lata rozstań i powrotów, pisania i czytania wierszy, tarzania się w trawie i rozmazanego tuszu do rzęs. Byliśmy nawet przez 2 lata w jednym liceum! Romans skończył się ostatecznie wiosną 2007 r., bo po prostu wyrosłam z neurotycznego i dość niezaradnego filozofa, który do niedawna co jakiś czas ponawiał zaproszenia na kawę.

4. Pan W. Drugi poważny chłopak. Ale czy aż taki poważny, do dziś nie wiem. Poznany na wielkiej domówce w domu z basenem pod Warszawą jesienią 2007. Był najładniejszym chłopcem, istny król imprezy. Odmówił jednak bliższej znajomości z kimkolwiek, bo jak sam mówił « mam romans ». Kilka dni po imprezie odezwał się jednak do mnie i zaprosił na randkę. I tak poszliśmy na kilka miłych randek (zamierzchłe czasy, kiedy istniało jeszcze Coffee Heaven). Piliśmy mocchę z dużą ilością czekolady, siedzieliśmy objęci na kanapce i godzinami opowiadaliśmy sobie śmieszne historie z liceów (na szczęście nie byliśmy w tym samym). Piękne złego początki. W dniu moich 17 urodzin zaprosił mnie na gorącą czekoladę do Wedla, kupił czerwoną różę i poprosił o chodzenie. Pierwszy i jedyny raz, kiedy ktoś oficjalnie z tym wyskoczył. A potem okazało się, że jest praktycznie zawodowym narciarzem i od listopada do kwietnia nie ma go w Warszawie. Nie bardzo szła nam miłość na odległość, a wszystko dobił jeszcze fatalny sylwester. W. był śliczny, ale nie będę kłamać – nudny jak flaki z olejem. I co z tego, że były czekoladki z Wiednia i można było pochwalić się koleżankom. Następny proszę.

4. S. Następny podpunkt to już wielki kaliber. Francuski pan, z którym spędziłam 5 lat. Aby opisać naszą relację, nasze rozstania i głośne powroty, podróże i huragany, potrzeba chyba drugiego bloga. Nie bardzo jest mi do śmiechu, bo i nic nie było śmiesznego w tej relacji. Chyba tylko to, że prawie 2 lata się po niej zbierałam do kupy. Nadal czasami (raz na rok) rozmawiamy. Życzę mu samych sukcesów gdziekolwiek sobie dzisiaj istnieje.

5. C. czyli dramatyczny inżynier.  Poważna sprawa, która zawiodła mnie w styczniu 2015 aż do Dublina. Poznaliśmy się we Francji i od początku nie znosiliśmy (tak tak, miłość i nienawiść to prawie to samo). Pierwsza randka – szukanie idealnej koszuli męskiej i orgazmicznie pyszne czekoladki od chocolatier na głównej ulicy. Potem działo się wiele rzeczy, których raczej nie należy opisywać na publicznym forum. Była to szalona głowa, na tyle, że nieproszony przyleciał pewnego dnia do Francji z Dublina « z niespodzianką » i uciekając przed nim zrobiłam sobie dziurę w kolanie, blizna została do dziś. Kolega mieszka dziś w Emiratach Arabskich i wysłany tam przez gigantyczną korporację męczy zapewne inne głodne dramatów młode kobiety.

6. A., czyli człowiek makieta. Kolejny niewyobrażalnie piękny okaz na liście. I znowu pod względem komunikacji – porażka. Przyjechał do Francji szkolić język i bardzo chciał, żebym była jego « le professeur ». Zapewne w ojczystym języku błyskotliwy, po francusku dość prosty (delikatnie mówiąc). Sprawnie radził sobie za to ze sportem (tak tak, chodziliśmy razem biegać na stadion, jemu jednemu udało się zmusić mnie do joggingu!) i używaniem plastikowych toreb z odkurzaczem. W lodówce miał niestety tylko cocacolę i salami, ale nalegał, żebym « coś sobie ugotowała i rozgościła się ».

7. I., czyli szalony naukowiec. Kolejny naukowiec i kolejna porażka. Ale zanim porażka nastąpiła, dostałam porcję szalonych wydarzeń, tak jak lubię. Kolega był doktorem fizyki i studiował podyplomowo na jednej z francuskich uczelni. Na początku naszego « związku » przyżywałam potężny kryzys osobowości i mniej więcej raz na tydzień zrywałam z nim. Kolega był super, ale nie podobało mu się, że nie chcę mu codziennie gotować zupy. Mi z kolei nie podobało się, że pali dwie paczki papierosów dziennie. Dopiero pod koniec znajomości, już jakiś czas po « rozstaniu » polepszył nam się kontakt. Wiem, że próbował robić karierę  w Ameryce. Wiem też, że może gdybyśmy żyli w bloku a latach 80 nasza relacja by się inaczej potoczyła. No bo on taki chłopak z PRL był.

8. M., czyli … Nie wiem, jak podsumować tego. Gość pojawiał się nieraz na tym blogu. Jest to chyba jedyny, poza moim obecnym chłopakiem facet, do którego miałam coś w rodzaju szacunku. Oczywiście nie chcę być źle zrozumiana, wszystkich powyżej ceniłam, lubiłam i mile wspominam, ale tu chodzi o coś głębszego. Wiem na pewno, że pojawił się w momencie bardzo przełomowym – momencie końca studiów. Ci powyżsi byli trochę rodzajem rozrywki na nudne dni. M. poznałam, kiedy wiedziałam, że studia się kończą, a razem z nimi okres ochronny, okres zabaw, przyjemniej nauki, pachnących długopisów i związków bez odpowiedzialności. Wspólnie zagłuszaliśmy więc lęki częstymi imprezami zakrapianymi oceanem alkoholu (na swoje usprawiedliwienie powiem, że przynajmniej lepszego gatunku). M. uwielbiał gotować, zapraszać gości i wystawiać huczne kolacje. Był moją kucharką, służącą i przyjacielem 24/7, nic dziwnego, że czasem musiał poluzować i odetchnąć (wtedy lubił znikać na kilka dni). Mieliśmy życie kolorowe, wystawne, możnaby nawet powiedzieć – szampańskie. Pewny siebie, nie przeszkadzało mu, że jestem pół głowy wyższa. Potem wszystko się skomplikowało. Wiele łez wylanych, wiele przekleństw rzuconych. No ale jak mogę gniewać się  na kogoś, kto w dwudziestostopniowym mrozie powraca z pobliskiego baru tańcząc i zapewnia, że pił moje zdrowie? Potem mieszkał na Słowacji i ja tam się znalazłam (przypadkiem!). Uciekłam do Londynu – on jest tu także. Nie za ma za dobrej opinii wśród mojej rodziny i chłopaka, ale ja się uparłam i oznajmiłam, że tylko jego widzę w roli ojca chrzestnego mojego ewentualnego dziecka. Tylko on zna mnie najlepiej z czasów, kiedy ledwo idąc obżeraliśmy się frytkami o 5 rano, wracaliśmy z imprezy wyjąc w rytm « Coming home for Christmas » i siedzieliśmy bez słowa nad filiżanką kawy, bo nie było już niczego do powiedzenia. Albo właśnie dopiero się zaczynało.

9. A., czyli bezproblemowy przyjaciel z lotniska. Na koniec,  żeby nie było tak smutno, przestawiam Francuza, A. Chłopak modelowy. Wesoły i inteligentny, miał podobne zainteresowania (podróże). Poznaliśmy się na lotnisku w Dublinie, a znajomość nasza zaczęła się kilka godzin później na lotnisku w Brukseli. Jeździłam do niego na trasie Paryż-Lille. Karmiliśmy osły. On jest też ostatnią szaloną znajomością, którą zawarłam tuż przed wyjazdem z Paryża.

Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie napisałam o Ryszardzie (jego imię jest tak dla mnie komiczne, że muszę, po prostu muszę je tu napisać). Ryszarda poznałam w autokarze (!) linii Eurolines do Francji. Był tak samo jak ja uzależniony od cukinii, mieszkał na granicy Francji i Niemiec w Strasbourgu (w kuchni zasięg francuski, w salonie już niemiecki, co bardzo mi się podobało). Tak więc gotowaliśmy sobie wspólnie tę nieszczęsną cukinię, dopóki dopóty (ukochana konstrukcja językowa) nie opuściłam Ryszarda dla podpunktu 4, z którym postanowiłam się zejść po raz drugi. Szalone miłosne tragedie przypłaciłam gorączką, a co Ryszard mi nawrzucał dnia 4 grudnia 2011 (moje imieniny!!! jak śmiał), to jego.

Teraz Twoje kolej, Pasiaku!

Publicités

Une réflexion sur “W poszukiwaniu Parobka

  1. Moje nieszczęśliwe miłości- strasznie się rozpisałam!
    Nie będę pisać o szczęśliwych miłościach. Ani o złamanych męskich sercach. Napiszę o moich wielkich nieszczęśliwych miłościach. Było ich cztery. Wszystkie zawładnęły moim młodym umysłem w destrukcyjny sposób.
    Pierwszy raz nieszczęśliwie zakochałam się w gimnazjum. On, M., był najlepszym kolegą chłopaka, który zakochał się we mnie pierwszego dnia szkoły i w którym kochały się wszystkie dziewczyny.Ponieważ dla samej zasady nie mogłam się zakochać w kimś, w kim się kocha cała szkoła, pokochałam M. M. Był kibicem Legii i nosił koszule w kratę. Miał przygarbioną sylwetkę, ciemnobrązowe włosy, niebieskie oczy i delikatne dłonie artysty. Owe dłonie nie przeszkadzały mu od czasu do czasu przychodzić do szkoły w szaliku Legii. Mimo, że kochała się we mnie większość chłopców w klasie, M. mnie nie chciał. To a może też coś ujmującego w ładnym profilu M sprawiło, że moje początkowo powodowane kaprysem zauroczenie przeobraziło się w gorące i szalone uczucie bez wzajemności. Apogeum przypadło na jesień. Siedziałam zakopana w łóżku, paliłam czekoladowe kadzidełka i modliłam się do istot nie z tego świata o ingerencje w serce M, do tej pory niewzruszone. Miałam 14 lat i oddychałam tym zakochaniem. Słuchałam na okrągło Samby przed rozstaniem, niestety jedynie w wykonaniu Jopek. (nie odkryłam jeszcze Banaszak). Ale wówczas nawet miauczenie Anny Marii nie mogło stłumić mocy słów „mów, powiedz,że zostaniesz jeszcze nim odbierzesz mi powietrze”. Przy wersie „ płonę, płonę, płonę zimnym ogniem czarnych słońc” dostawałam niemalże migotania komór. Uważałam, że nie ma nic doskonalszego niż nieszczęśliwa miłość. Czciłam wyrażenia takie jak „jestem rozpalonym lodem” czy „ bezlitosna płowa pustka”. Pisałam wiersze o karmelowych latte pitych samotnie w kawiarniach, niedopowiedzianych uczuciach i rezygnacji.

    Drugi raz nieszczęśliwie zakochałam się w liceum. Też miał imię na M., ale był chudym i wysokim blondynem o jedwabistych włosach. Mojej mamie kojarzył się z Laskowikiem. Dla mnie był ucieleśnieniem doskonałości. Zakochałam się w nim na obozie integracyjnym w miejscowości nieopodal Augustowa o nazwie Przewięź. Na początku obozu byłam załamana. Domki były zapleśniałe, rano temperatura oscylowała w okolicach zerach ( kto do cholery napisał słowa piosenki Augustowskie noce, noce parne, gorące???) i nie było ładnych chłopców. Ale pewnego wieczór poznałam klasę mat-geo i dostrzegłam M. Siedzieliśmy w jednym z zapleśniałych domków i graliśmy w makao i tysiąca. M. Siedział obok mnie i ni z tego ni z owego dotknął moich włosów. Powiedział – „ kucyk Ci się od ściany przekręcił”. Wtedy, tamtej nocy augustowskiej, choć ani parnej ani gorącej, wpadłam. Jak śliwka w kompot. Zakochałam się po uszy, po sam czubek głowy, nieodwołalnie i chaotycznie. Znów pisałam wiersze. O pocałunkach w ultrafiolecie ( a były tylko w policzek, na powitanie, na przerwie szkolnej), o pędzącym metrze i tętniącym życiem mieście, mokrych liściach na ławkach w parku i tłumionych westchnieniach. M. ku mojemu utrapieniu zaczął chodzić z moją koleżanką, która, mimo, że kochała się w innym, postanowiła być z M., bo mi się podobał. Na szczęście ten cios sprawił, że miłość do M. minęła mi jak ręką odjął. A M. zerwał z niewdzięczną koleżanką po 1.5 miesiąca mówiąc, że nigdy mu się nie podobała.

    Trzeci raz nieszczęśliwie zakochałam się na studiach. T. był piękny niczym rzymskim legionista, miał muskularną, ale harmonijną sylwetkę i oszałamiająco idealne rysy twarzy. Studiował na SGH i w pełni zdawał sobie sprawę z własnej urody. Poznałam go na urodzinach koleżanki, była jesień. T. od razu się przedstawił i zaczął rozmowę. Dwa tygodnie później spadł pierwszy śnieg i zaczęliśmy się spotykać. Podobałam się T. , ale było inaczej niż zwykle. Czułam,że nie rzucam go sobą na kolana. Było w nim coś odległego i totalnie fascynującego. Po wspólnym sylwestrze wiedziałam już,że T. był po prostu narkomanem. Po północy stracił ochotę na jakąkolwiek aktywność, a ja przesiedziałam do 5 rano na jego kolanach, próbując scałować odurzenie z jego twarzy. Byłam nim tak zafascynowana i tak szczęśliwa,że siedzę mu na kolanach, że nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji. Styczeń przyniósł jeszcze większe ochłodzenie i konieczną refleksję. T. nie odzywał się przez parę dni, potem przepraszał i znowu cisza w eterze. Powoli i nie do końca z własnej woli, wycofałam się z tej znajomości. Zdarza się.

    Czwarta nieszczęsliwa miłość spotkała mnie w Paryżu. Tak, byłam nieszczęśliwie zakochana nad Sekwaną, w mieście światła, pralinek, awokado w metrze i nieprzyzwoicie drogich kwiatów w XVI dzielnicy. Ale on nie był Francuzem, pochodził z zimnej krainy fińskiej, z miasta Helsinki. Studiował prawo i od początku naszego pobytu na Sorbonie zaczęliśmy trzymać się razem. Nie zakochałam się w nim od razu, bo wpierw zwróciłam uwagę na jego kolegę. Ale kolega okazał się kompletnym bałwanem, a J. był bardzo inteligentny, bardzo interesujący i rozumieliśmy się bez słów. J. nie znał dobrze francuskiego, ale upierał się przy rozmowie po francusku. Dopiero pod koniec 5-godzinnych spotkań, zwiedzania restauracji na Le Marais, picia Coli za 7 euro przy Saint-Germain des Prés następowało przejście na język angielski. Z każdą kolejną godziną, kolejną wypitą colą i kolejnym przemierzonym mostem zakochiwałam się w nim coraz bardziej i bardziej. Ale im bardziej Paryż szykował się do lata, tym bardziej J. zmieniał język na taki, którego już nie znałam. W maju, kwitło wszystko, poza naszym uczuciem. J. nie śmiał się z zimowych żartów, nie chciał chodzić wiosennymi ścieżkami. A ja, słuchając Angels The XX, pijąc wino i paląc papierosy na stryszku w Neuilly starałam się zrozumieć, jak to możliwe, że J. mnie nie kochał.

    J'aime

Laisser un commentaire

Entrez vos coordonnées ci-dessous ou cliquez sur une icône pour vous connecter:

Logo WordPress.com

Vous commentez à l'aide de votre compte WordPress.com. Déconnexion / Changer )

Image Twitter

Vous commentez à l'aide de votre compte Twitter. Déconnexion / Changer )

Photo Facebook

Vous commentez à l'aide de votre compte Facebook. Déconnexion / Changer )

Photo Google+

Vous commentez à l'aide de votre compte Google+. Déconnexion / Changer )

Connexion à %s