LONDYN TO CHŁOPAK PARYŻA

16464577_1412248865515667_1831645376688422912_n.jpg

Od prawie dwóch miesięcy…


 

mieszkam w Londynie. Nadal nie mogę w to uwierzyć, nadal wydaje mi się, że zaraz będę musiała biec na lotnisko i wracać do BA. (notkę zaczęłam pisać, o zgrozo, pod koniec stycznia, więc jest w niej trochę nieścisłości i przedawnień – owszem, już mogę uwierzyć, że mieszkam w Londynie, a o BA mam same dobre wspomnienia – i właśnie kupuję bilet na samolot, żeby polecieć do N. i zjeść razem quiche z groszkiem z St Germain). I znów sprawdziły się słowa nawiedzonej znajomej z pracy z Paryża: jeśli miasta nie oswoisz w ciągu pierwszych 6 miesięcy, nie oswoisz nigdy. Tutaj odniosłam sukces i to od razu: niczego nie musiałam oswajać bo wiedziałam, dokąd jadę. Nie będę już walczyć z kolejną prawdą o sobie, którą znałam już dawno – dobrze czuję się tylko w dużych miastach. Takie proste. Lubię pęd. lubię tłumy, lubię nawet te wszystkie trudności. Wiem, że nie będę tu miała domu z ogrodem (luksusem jest pralka). Ale nie przyjechałam tu po pralkę. Tak samo było w Paryżu. Płaciłam krocie za 10m2, ale za to jakie to było 10m2…

Widzę spore podobieństwo między Londynem, a Paryżem. Któregoś dnia, siedząc w autobusie relacji Tate Britain – Covent Garden, powiedziałam J., że Londyn jest mężczyzną, a Paryż kobietą. I że na pewno są parą. Londyn bardziej męski, szeroki, poważny. Paryż kobiecy, frywolny, seksowny, czasem zdradliwy i namiętny.

O ile Londyn niczym raczej mnie nie zaskoczył, o tyle trudniejszym egzaminem tu jest wspólne życie. Mieszkając osobno można godzinami planować, rozmawiać, idealizować. Widzimy się raz na trzy tygodnie, na weekend? Super! Tak mało czasu, tak wiele do zrobienia! Spacery, strach « bo zaraz wyjeżdża », kolacje w restauracji. Teraz jest to samo, ale nie ma już strachu. Jest może mały « straszek » – o to, jak to wszystko ogarnąć. Jak w rozmyślaniach typu « kto ugotuje kolację » się nie zgubić. Na szczęście oboje mamy w sobie odpowiednią dawkę ironii i wierzę, że będzie dobrze.

Dopadło mnie też typowe dla wielkich miast zmęczenie. To nie takie zmęczenie, jakie znałam z BA. Tam byłam zmęczona brakiem pracy. Tu wieczorem po prostu zasypiam na kanapie. Londyn na pewno nie jest miastem dla każdego. Trzeba tu zaakceptować pewne minusy – małe mieszkania, tłumy, pęd, brudne powietrze. W nagrodę ma się poczucie, że mieszka się NAPRAWDĘ w środku czegoś bardzo ważnego i podniecającego. Mój chłopak to prawdziwy chłopak z wielkiego miasta. Ma w sobie taką niedbałość typową dla ludzi wychowanych w wielkich metropoliach. I ja też mam to w sobie. Nie wiem, ile razy pisałam, że źle czuję się w małych miastach. Nie tyle w małych – bo akceptuję ich « małość », od początku wiem, z jakim gagatkiem mam do czynienia i nie narzekam – jak w średnich udających wielkie molochy. Niby jest tam wszystko, ale… no właśnie.

Znowu psikusy robią mi wspomnienia i pamięć. Często narzekałam na Bratysławę – że mi tam źle, że pusto, że czegoś brakuje. Teraz wspominam to miasto z uśmiechem. Tęsknię za uliczkami Starówki, za tą jego małością i przytulnością. Myślałam, że nie wydeptałam tam swoich ścieżek, nie miałam swoich miejsc. Nieprawda. Kiedy myślę o Bratysławie teraz, widzę (nie wiem dlaczego) dworzec autobusowy. To stamtąd jeździłam do Polski, stamtąd odbierałam znajomych i rodzinę, stamtąd pojechaliśmy na początku stycznia z J. do Nitry, stamtąd wyruszyłam na wycieczkę do BB – jeszcze jako świeżo-przyjezdna, zachwycona wszystkim była Paryżanka. Wspominam też moją ukochaną dzielnicę – Ruzinov. Miała ona dla mnie wyjątkowo przyjazny klimat. I co z tego, że bloki, że krzywe chodniki. Było tam coś prawie że domowego. A może dlatego, że mieszkałam tam wczesną jesienią? Wspominam też dom N. i M., Petrzalkę, ich salon, w którym siedzieliśmy i jedliśmy pyszne polsko-słowackie kolacje (kanapki jak w domu, M. częstował nas piwem, « ten pasztet może ci nie zasmakować… » – po czym wyjadałam połowę opakowania). Mimo niezadowolenia, trafiałam zawsze na dobrych ludzi – moja była « landlady » – surowa, ale z którą odkryłyśmy wspólną pasję (malarstwo), sąsiad z góry, z którym « zaprzyjaźniłam » się w dość niezręcznych okolicznościach – wyjące radio, nocne wizyty, skargi wieszane na drzwiach, a wreszcie czekoladki z przeprosinami i sms z życzeniami na Nowy Rok. Mogłabym wymieniać tak długo. Dlatego niezbędna wydaje się teleportacja – móc zmieniać miejsce kiedy tylko nam źle, zatęsknić i za kilka minut wrócić.

To była pierwsza wiosenna/prawie sobota. Wiele kilometrów przespacerowałam pieszo, właściwie zwiedziłyśmy cały Londyn (a chociaż jego turystyczną część). Przypomniało mi się, jak kiedyś szłam 3 godziny przez Paryż- z Marais do Wieży Eiffel ‘a. Po imprezie, między nocą, a wschodem słońca. Pod koniec nie miałam już siły iść, ze zmęczenia śmiałyśmy się z M. ze wszystkiego. Nocny Paryż jest piękny, ale Paryż o 5 nad ranem jest straszny. Jesteś jeszcze częścią poprzedniego dnia, kiedy nowy już wstaje, a razem z nim śmieci na chodnikach, bezdomni na ławce, niedobitki po imprezach, pierwsze metro. W biurze poznałam Francuza, który mieszkał w Paryżu 4 lata. Dziś narzeka i cieszy się, że teraz jest mieszkańcem Londynu. Ja zawsze będę niezdecydowana. Paryż był i jest moją pierwszą miłością. Jest jak pierwszy chłopak, którego wspomina się czasem dobrze, czasem źle, ale nigdy nie zapomina.

Publicités

Une réflexion sur “LONDYN TO CHŁOPAK PARYŻA

Laisser un commentaire

Entrez vos coordonnées ci-dessous ou cliquez sur une icône pour vous connecter:

Logo WordPress.com

Vous commentez à l'aide de votre compte WordPress.com. Déconnexion / Changer )

Image Twitter

Vous commentez à l'aide de votre compte Twitter. Déconnexion / Changer )

Photo Facebook

Vous commentez à l'aide de votre compte Facebook. Déconnexion / Changer )

Photo Google+

Vous commentez à l'aide de votre compte Google+. Déconnexion / Changer )

Connexion à %s