Słowacja – czy można podsumować kraj?

instagramcapture_7252db7b-81e5-4498-957b-b8ed085f9e9b

Na Słowacji mieszkałam 15 miesięcy. Krótko, ale zarazem długo. Przyjechałam tu z Paryża, a decyzja była w pełni moja. Nie za pracą, nie za kimś. Po prostu. Byłam zmęczona Paryżem, bałam się tam mieszkać po wiadomych wydarzeniach. Zapragnęłam spokojniejszego kraju, cichego miasta, gdzie ochłonę. Nie znając Bratysławy, postanowiłam znaleźć tam pracę. Dostałam ją, pojechałam, pomieszkałam. Wszystkie moje obserwacje są, no właśnie – moje. Subiektywne, ale chyba nie pozbawione sensu. Nie jestem specjalistką od Słowacji, jej historii, języka. Nie chcę nią być. Mimo to, kilka wniosków wyciągnęłam. Niektóre szybko, inne pod koniec. Niektóre proste i dotyczące codziennych spraw, nad innymi musiałam trochę pomyśleć. A niektórych rzeczy do dziś nie zrozumiałam. Piszę tylko o Bratysławie, bo tam mieszkałam, nie jest więc to ocena całego kraju.

 

Co mi się podobało na Słowacji:

  • Bezpieczeństwo: Mieszkając w Bratysławie nie bałam się sama wracać do domu, nawet późno w nocy. Nie bałam się nocnych autobusów i wszystkiego tego, czego w Paryżu nie ważyłabym się zrobić po zmroku. Kieszonkowców też jakoś udało mi się uniknąć, a ze wstydem przyznaję, że częęęsto zdarza mi się jeździć tramwajem z rozpiętą torebką. Nie mówię, że napady i inne atrakcje się w Bratysławie nie zdarzają, jednak czuć, że miasto jest mniej lub bardziej bezpieczne. Może to kwestia zaufania do ludzi, może byłam naiwna.
  • Pieszo: Można przemieścić się w wiele miejsc. Gdybym się uparła, piechotą mogłabym chodzić do pracy. Centrum jest niewielkie, spokojnie można zwiedzić je w jeden dzień nie korzystając z transportu.
  • Woda, wino...: Na Słowacji kupić można pyszną wodę i wspaniałe wino. Na wodzie znam się świetnie, jest to jedyny napój poza herbatą ziołową, który piję. Słowackie wino, poza Słowacją (i może sąsiednimi krajami), jest nieznane. Szkoda- jest wspaniałe.
  • Sklepy: a dokładnie godziny otwarcia. Min. do 20. I coś, czego jeszcze nie widziałam w innych krajach – banki otwarte do 21, nawet w weekendy. Banki otwarte w weekendy! W Paryżu można sobie pomarzyć. Wiadomo, że porządna osoba się ogarnie i wszystko pozałatwia w środę o 10 rano, ja niestety nie zawsze miałam taką możliwość.
  • Położenie Bratysławy: mało które miasto jest tak dogodnie położone. Godzina od Wiednia, blisko do Czech i na Węgry.
  • Brak tłoku:  zamówienie kawy w kawiarni nie wymaga wojny i bitwy z tłumem spragnionych szaleńców (hm hm Londyn).
  • Dobry angielski: ludzie mówią po angielsku i mówią dobrze. Zawsze broniłam Słowaków, kiedy słyszałam od innych obcokrajowców, że « nikt tu nie mówi po angielsku ». Słowacki rozumiem i czasem nawet używam, jednak nie jestem w stanie załatwić niczego w tym języku. Przez cały mój pobyt angielski był moim jedynym językiem komunikacji.
  • Ucieczka z Bratysławy: Wiadomo, że stolica jest pępkiem każdego kraju i zapewne tak jak we Francji wszyscy ciągną do Paryża i zazdroszczą jego mieszkańcom (no, nie wszyscy, ok), tak na Słowacji do pracy jedzie się do Bratysławy, tutaj są najlepsze imprezy, najlepiej ubrane księżniczki z Instagrama itp. Szkoda, bo uważam, że na Słowacji są o wiele ciekawsze miejsca, niż jej stolica. Banska Bystrica (mój numer 1), Nitra (urocze miasto polecone przez N.), nawet winiarski Pezinok. Banska Bystrica – nawet nie wiem, dlaczego aż tak bardzo spodobało mi się to miasto. Atmosfera trochę jak w ukochanym Kazimierzu, klimatyczne kawiarnie, kościół na wzórzu, galeria, w której kustoszka dała mi cały karton starych przewodników po wystawach. To było moje pierwsze spotkanie ze Słowacją, do dziś uważam, że najpiękniejsze.
  • Ludzie: najważniejszy element na koniec. Słowacy to po prostu dobrzy ludzie. Może za cisi, może za skromni, ale dobrzy. Takie odniołam wrażenie. I mają miłe twarze.

 

Co mi się nie podobało:

  • Obsługa klienta: to może nie fair w stosunku do wielu przemiłych kelnerów, których spotkałam, jednak tym, co najbardziej uwierało mnie na Słowacji była słaba obsługa klienta. Wierzę, że szybko to się zmieni, biorąc pod uwagę coraz większą liczbę turystów. Miałam sporo złych przygód począwszy od po prostu chamskich kelnerek (pozdrawiam kawiarnię przy Eurovei, gdzie byliśmy świadkiem histerii i wręcz agresji zdenerwowanej kelnerki) czy nieogarniętej obsługi (czekanie na zamówienie przekraczające granice dobrego smaku itp.) Często miałam wrażenie, że zatrudnia się osoby przypadkowe, nie szkoli się ich, a jedynie za zadanie mają zbierać kasę i robić « łaskę ». Nie mówię, że w innych miastach i krajach takie coś się nie zdarza, jednak na Słowacji – w Bratysławie – spotkało mnie to na wielką skalę – w prawie większości miejsc, do których poszłam coś było nie tak.
  • Powodzie: Nie wiem do dziś, o co chodzi, jednak po najmniejszym deszczu pojawia się w Bratysławie powódź. Nie ma odpływów? Nierówny teren? Nie wiem. Byłam w szoku, kiedy pierwszy raz zobaczyłam podeszczowy krajobraz – zalane chodniki, woda po kostki. Myślałam, że jakaś katastrofa się wydarzyła, ale wszyscy spokojnie przedzierali się przez jeziorka do tramwaju. I ten szok pozostał. To samo, kiedy topi się śnieg – nikt nie odśnieża, nie sprząta. plucha leży, a właściwie pływa sobie w tę i spowrotem. To nie tylko zaniedbanie, ale po prostu niezrozumiała dla mnie głupota.
  • « Infrastruktura » miasta – można lubić Bratysławę, jednak na pewno nie można powiedzieć o niej, że to wyjątkowo piękne miasto. Owszem, są urokliwe miejsca – Starówka i okolice. Jednak często miałam wrażenie, że budynki dobierane są przez pijanego urbanistę. Najgorzej wygląda coś, co powinno robić miłe wrażenie na przyjezdnych – dworzec kolejowy i autobusowy (wiem wiem, warszawski dworzec Zachodni piękny nie jest, ale teraz piszę o Bratysławie). Nie można powiedzieć, że jest to miłe dla oka miasto. Szkoda, bo ma potencjał (i buduje się coraz więcej sensownych, eleganckich osiedli czy wieżowców).

 

Wiele innych plusów i minusów można znaleźć, ale nie o to chodzi. Na Słowacji wiele się nauczyłam. Po początkowym szoku, że SK to nie Polska (tak tak tak), zdałam sobie sprawę, że jesteśmy bardzo różni. Bardzo różni, ale koniec końców « w Ameryce zawsze najlepiej dogadywałem się z Polakami i Czechami », zwierzył mi się Były Mąż, kończąc za mnie wielką misę wietnamskiej zupy Pho w azjatyckiej knajpie w Bratysławie. To samo wyznał mi starszy pan z plakatu w Banskiej Bystrici (no dobra, on się dogadywał w czasie wojny, a nie dorabiając sobie w pracy kucharza w Nowym Jorku). Uznałam to za bardzo miłe. I taka była dla mnie Słowacja – czasem dała popalić, czasem doprowadzała do szału, ale koniec końców zawsze się dogadywałyśmy. I za to jestem dziś wdzięczna.

 

Publicités

Laisser un commentaire

Entrez vos coordonnées ci-dessous ou cliquez sur une icône pour vous connecter:

Logo WordPress.com

Vous commentez à l'aide de votre compte WordPress.com. Déconnexion /  Changer )

Photo Google+

Vous commentez à l'aide de votre compte Google+. Déconnexion /  Changer )

Image Twitter

Vous commentez à l'aide de votre compte Twitter. Déconnexion /  Changer )

Photo Facebook

Vous commentez à l'aide de votre compte Facebook. Déconnexion /  Changer )

w

Connexion à %s