Jarná únava

IMG_8303.JPG

Kiedyś, zanim jeszcze wyprowadziłam się na Słowację i język słowacki był dla mnie dość egzotyczny i jeszcze nie w użyciu (chociaż czy on w tym użyciu kiedykolwiek był?). obiło mi się o uszy wyrażenie « jarná únava ». Nie wiem, gdzie je usłyszałam. Może zobaczyłam gdzieś w Internecie, a może w książce « Nočné správy » którą M. czytał i czytał i czytał i nie mógł skończyć (to była chyba jedyna książka w jego mieszkaniu. Czytał ją zawsze siedząc w fotelu, a ja w tym czasie leżała na zielonej pufie pod palmą, którą on przyniósł gdzieś z ulicy). I właśnie taka jarná únava mnie dopadła. Brak energii i jednocześnie chęć do akcji, zmian. I słomiany zapał. I za dużo zajęć. W ciągu ostatnich miesięcy:

  • zapisałam się na siłownię i ciągle mam poczucie winy, że za rzadko niosą mnie tam nogi
  • byłam na sesji zdjęciowej naszej firmy we Francji. Sesję musiałam sama zorganizować. Stres mnie prawie zjadł, ale wybrnęłam. Lot do Genewy z walizką wyższą ode mnie, jazda wypożyczonym w Szwajcarii samochodem i rozkraczenie się owego na środku autostrady, ogarnianie dzieciaków i francuskich rodziców, wjazd z walizką na 3000 m. n. p. m. i small talk ze starym, opalonym Francuzem (« a od ilu lat jeździ pan na nartach? ». « Ja kochanie jestem instruktorem »), kilka wypitych butelek czerwonego wina i dziwne uczucie bycia i niebycia jednocześnie w domu, we Francji. Niewiele miejsc jest smutniejszych od kurortów narciarskich po sezonie. Z Alp wróciłam jednak zadowolona, wykończona, obładowana francuskimi gazetami i szwajcarską czekoladą
  • byłam na 3-dniowym intensywnym treningu Magento 2. Zdziwiło mnie, że po 2 dniach poczułam ogromną nostalgię na myśl o jego końcu i z rozczuleniem myślałam o nauczycielu i uczestnikach. Chyba nie rozumiem swoich emocji
  • obejrzałam poruszający film – « Sand storm ». Od dawna nie udało mi się dokończyć żadnego filmu, winię za to zbyt duży wybór. Włączam i zaraz wyłączam bo wydaje mi się, że jest coś innego, ciekawszego. Kończy się na tym, że zaczynam kilkanaście filmów i seriali, nie ogląda, żadnego z nich, po czym robi się późno  i netflix idzie spać
  • głosowałam po raz pierwszy w wyborach lokalnych w Anglii
  • spędziłam kilka dni w posiadłości angielskich milionerów. Wniosek jeden – przez całe trzy dni tęskniłam za moim londyńskim mieszkaniem, za wolnością i Internetem.
  • Zastanawiałam się nad pracą z samymi kobietami – w moim biurze nie ma mężczyzn i bywa ciężko. Nigdy nie chciałam mieć i nie miałam grupy koleżanek i nie interesowało mnie należenie do grupy. W grupie źle się czułam. Zanikałam. Nie obchodzą mnie « babskie » pogaduchy, pidżama party, wspólne malowanie się i czesanie. Zawsze wolałam spędzać czas z chłopakami – może dlatego zawsze miałam dobre relacje z mężczyznami, rozumiałam ich i czułam się z nimi lepiej, niż z kobietami. Nawet to modne ostatnio słowo « dziewczyński/ie/o » budzi we mnie jakiś niesmak. Niepoprawne politycznie to, co mówię, ale trudno.
  • napisałam tę notkę wiele tygodni temu i nie dałam rady jej opublikować. Została w otwartej zakładce, a zakładka wisiała smętnie w moim nigdy-nie-wyłączanym laptopie na wiele wiele dni
  • jestem niepoprawna. wstyd!
Publicités

BARCELONA / LIVERPOOL

28157060_319171935154031_3951348841210445824_n(1).jpg

 

Odkąd sięgam pamięcią, nigdy nie ciągnęło mnie do Hiszpanii. Opowieści znajomych o tym, jak tam cudownie, traktowałam z przymrużeniem oka. Trochę zbyt banalne wydawały mi się te plaże, te tapasy i sangrie, ten cały roztańczony i słoneczny klimat. Prędzej wyobrażałam sobie wakacje w Skandynawii czy Beneluksie. A już na pewno moim marzeniem nie była Barcelona. Wydawała mi się miastem « oklepanym », w którym każdy już był i gdzie wszystkim się podobało. I tak żyłam sobie w nieświadomości, aż do pewnego lutowego wieczoru. Tak się złożyło, że akurat miałam kilka dni wolnego przed rozpoczęciem nowej pracy, a ostatnio na wakacjach byliśmy w lipcu 2016 (nie licząc moich samotnych wypraw do kochanej Bratysławy, wyjazdów do Warszawy czy dwudniowego pobytu na wsi w Ecclesfield). Byłam spragniona czegoś nowego, chciałam zobaczyć miasto, którego wcześniej nie znałam, chciałam polecieć w niepewne. « To może Barcelona? » – wyrwało mi się.

Rzym? – trochę mnie przeraża

Paryż? – J. nie lubi

Mediolan? – to nie to

Edynburg – jak najbardziej, ale może wiosną?

Więc zadecydowano, że będzie Barcelona, hotel zarezerwowano i dobranoc. Kolejne dni spędziłam na dokładnym czytaniu przewodników. Podchodzę do organizacji wyjazdów bardzo, bardzo poważnie. Nie ze mną wstawanie o 12 i « jakoś to będzie ». Dni w obcych miastach są cenne i rzadkie i lubię mieć wszystko rozpisane i zaplanowane. Włóczenie się po mieście bez celu? Ok, ale dopiero po odwiedzeniu muzeów/zabytków i po zaliczeniu pieszej wycieczki z przewodnikiem. Niełatwe są wyjazdy ze mną, o nie…

Kiedy podróżuję. najważniejszą częścią wyjazdów jest jedzenie. Lubię wiedzieć. gdzie warto iść, żeby potem nie wylądować w pizzerii dla turystów przy głównym bulwarze. Sprawdziłam więc kilkadziesiąt restauracji i zaznaczyłam moje « typy » na mapie. Szaleństwo?

Moje spotkanie z Hiszpanią rozpoczęło się na lotnisku w Reus, małym mieście położonym ok. 1,5 godziny jazdy pociągiem od Barcelony. Wyszłam z samolotu i uderzył mnie ciepły wiatr pachnący wiosną. Takiego ciepła nie czułam w Londynie od… chyba  wczesnego lata, rok temu. Wtedy zrozumiałam, że są miejsca, nawet nie tak daleko ode mnie, gdzie pogoda może być dobra i przyjemna, gdzie deszcz nie pada zawsze i wszędzie i gdzie czasem czuć w powietrzu wiosnę. Dobra pogoda i Londyn niestety nie idą w parze, a ja coraz częściej zauważam, że ciężko mi wytrzymać posród codzienego wiatru i deszczu, braku słońca, braku lata, braku normalnej pogody.

123

r472

Fakty…

 

Ponieważ wylądowaliśmy w czasie sjesty, pociągów do Barcelony nie było. Dworzec otwarty, ale okienka zamknięte. Zamiast się zdenerwować (przy takiej pogodzie i w towarzystwie PALM nie da się, po prostu nie da się być obrażonym na świat), poszliśmy na obiad do pobliskiej restauracji. Od dawna nie jadłam owoców morza pewna, że mam na nie alergię (moja obsesja na punkcie alergii obejmowała też sezam, mango i wiele innych). Alergia była oczywiście bzdurą, bo nie dalej jak trzy lata temu objadałam się krewetkami z szafranem u M. Zamówiliśmy kalmary i croquetas, wino i piwo. Było cudownie. Do Barcelony dojechaliśmy wieczorem i ulokowaliśmy się w najpiękniejszym hotelu w jakim byłam do tej pory. Coś jest takiego jest w hotelach, że mogłabym w nich mieszkać. Codziennie świeże ręczniki i pościel, wanna (!), wygodne łóżka, telewizor i świadomość, że to tylko na chwilę, że to tylko życie tu i teraz. Żal mi zawsze, że hotele są takie drogie, a spędza się w nich tylko noc. A może kiedyś polecę do nieznanego mi miasta i cały pobyt będę siedzieć w hotelu? Jak Frances Ha w Paryżu!

Nasz pobyt w Bracelonie to niekończące się zwiedzanie, chodzenie i jedzenie… I to jakie jedzenie… Odkryliśmy kilka wspaniałych miejsc, ale naszym ulubionym był Bar Xapako. Kochany właściciel, hity sprzed lat i jedzenie. Sangria, krewetki, mini kanapki z kolorowymi dodatkami, chleb z pomidorem, patatas bravas… Nie mogłam przestać myśleć o tym miejscu. Mimo, że był luty, czułam się jak wiosną. Spacery w rozepiętym płaszczu, wizyty na targu, śniadanie na dworze. Chyba teraz rozumiem te wszystkie zachwyty znajomych. Chyba rozumiem, dlaczego Hiszpanie są tacy, a nie inni. Dobre jedzenie i klimat robią swoje. W Barcelonie zakochałam się na tyle, że po raz pierwszy byłam zła z powrotu do Londynu. Narzekałam na deszcz, na to, że następnego dnia miałam zacząć nową pracę. Chciałam znów być przy la Ramblas i w Eixample, chciałam pić wino z właścicielem Xapako, jeść kalmary i świeże owoce z targu.

MARZEC

Liverpool. Miał być w lutym, ale pomyliliśmy się kupując bilety i okazało się, że wycieczka będzie w marcu. Byłam tam już w 2012 r., kiedy odwiedzałam w Anglii byłego chłopaka Francuza, szalejącego na Erasmusie. Tamten wyjazd okazał się jednak niewypałem. Wstaliśmy za późno, do L. dojechaliśmy za późno, muzea były zamknięte. Wystawę w The Beatles Story przebiegłam i wyjechałam z miasta z poczuciem zawodu. Pamiętam spacer po Albert Dock, katedrę, zachodzące słońce i poczucie, że ta relacja nie przetrwa (nie jestem pewna, czy już wtedy to wiedziałam, ale… nieważne).

 

29402404_167088643949582_419401490575130624_n.jpg

Tegoroczna wyprawa przypadła na dość pechowy czas powrotu mrozu, Beast from the East. Cały tydzień był prawie wiosenny i nikt nie wierzył, że w weekend ma padać śnieg. Myliliśm się, oj jak bardzo. Sobota i niedziela nie dość, że śnieżne i mroźne, były po prostu nie do wytrzymania. Od morza wiał lodowaty wiatr, o wychodzeniu na dwór nie było mowy, a ja miałam na sobie za krótką kurtkę, za krótką czapkę, za krótkie buty, wszystko za krótkie. Po wspaniałej wycieczce śladami The Beatles szwędałam się po mieście bez celu. Muzea zamknięte od 17, pogoda jak na Syberii, brak chęci na cokolwiek poza schowaniem się w ciepłej kawiarni. Że też trafiliśmy na najzimniejszy weekend w roku…Pomijam kłótnie o spóźnienie J., próbę dotarcia do naszego AirBnb, które okazało się być na zupełnym zadupiu (nie mam innego słowa)… Chłód osłodził trochę nasz miły gospodarz. Jak się później okazało, kwiaciarz, weganin i miłośnik lat 60′ i dość wątpliwie gustownej sztuki naściennej. Niedzielę spędziłam z The Beatles, jęcząc z powodu bólu głowy i wydając pieniądze na kawę i gin z tonikiem. Hmmm chyba potrzebujemy dać L. jeszcze jedną szansę!

 

Co mnie denerwuje w mieszkaniu w Londynie

IMG_3112

 

Chciałam napisać « Co mnie denerwuje w Anglii », ale byłoby to niesprawiedliwe, bo nie mieszkam przecież we wszystkich angielskich miastach na raz, tylko w Londynie. Nigdy nie myślę o tym, co mnie w Londynie denerwuje, bo…. nie denerwuje mnie tu nic. Jest to wyjątkowo dobre miejsce do życia, które dopasowuje się pod mieszkańców, raczej nie odwrotnie. Tak jak we Francji miałam trochę pretensji do świata (nie wspomnę już o Bratysławie, w której cały mój pobyt stał pod znakiem jednej wielkiej pretensji 😉 , tutaj jestem po prostu bardzo zadowolona. Wyłowiłam jednak kilka rzeczy (dosyć banalnych jednak), które podobają mi się nieco mniej, oto one:

 

  • Ludzie

Z ludźmi problem jest taki, że nie da się ich uniknąć, należy się więc przyzwyczaić do ich obecności. 99% czasu tak właśnie jest – nie zwracam na ludzi uwagi i robię swoje. Swoją drogą, największym plusem mieszkania w Londynie jest nie Big Ben, zakupy, parki czy królowa, ale to, że nikogo nie obchodzisz. Mogłabym iść ulicą nago, założyć do sklepu piżamę, pofarbować włosy na zielono (wielkie mi co, co druga dziewczyna ma tutaj włosy w nietypowych kolorach), żonglować talerzami w metrze i … nikt nawet na mnie nie spojrzy. Kocham to. Brakowało mi tego w Paryżu, gdzie ludzie gapią się na siebie i co gorsza, komentują na głos wygląd lub zachowanie innych osób. Jesz obiad o innej porze niż reszta społeczeństwa? Oż Ty! Usiądziesz w złym miejscu? Zaraz jakiś życzliwy dziadek zrówna cię z ziemią. Masz płaszcz w innym kolorze niż czarny? Wyjeżdżaj stąd! Czego to ja się nasłuchałam, kiedy raz zjadłam kanapkę idąc ulicą – skandal! Bo kanapkę je się między 12 a 14 i NA SIEDZĄCO, na siedząco! Wyzwano mnie od « Amerykanek »! Czasem Paryż, czasem zachowania typowo prowincjonalne. Ale miało być o Londynie i ludziach i minusach.

Zazwyczaj jestem neutralnie nastawiona do ludzi, ale są dni, kiedy wszyscy mnie denerwują, kiedy mam po prostu ochotę złapać kogoś za kołnierz i potrząsnąć nim. Bo ludzi jest tu dużo, czasem za dużo. Bo pchają się w porze lunchu przed ciebie w kolejce. Bo krzyczą przez telefon, bo na ciebie wchodzą gapiąc się  na telefon. Bo chcesz iść do jakiejkolwiek kawiarni i nie możesz – bo miejsc nie ma, a jest wtorek o 11. Bo chcesz iść do restauracji i nie możesz – bo musisz czekać pół godziny w uwłaczającej kolejce. Bo nie możesz wsiąść do metra (i poczekasz sobie jeszcze kilka minut, aż wreszcie wepchniesz się lub zostaniesz wepchnięty do wagonu i obkichany/obsmarkany przez współpasażera). Do domu wrócisz ze stanem podgorączkowym i bolącym gardłem. « Weekend spędzasz w łóżku mrhahaa » – śmieją się z ciebie tłumy zombie w londyńskim metrze.

 

  • Słaby wybór kosmetyków do pielęgnacji

Od lat używam płynów micelarnych i w « Europie » miałam swoje ulubione marki – Biodermę, Mixę. Używałam ich w Polsce, we Francji i na Słowacji. W Londynie Mixa nie istnieje, Biodermę można dostać tylko w aptece i kosztuje majątek. Wybór podstawowych kosmetyków jest żałosny – na półce jest Garnier, który jest samą chemią i dziwię się, że jest legalny, Nivea, za którą nie przepadam, czasem jakieś mniej znane marki i jedyne kosmetyki nadające się do używania – Simple. Stały się bardzo popularne od zeszłego roku, więc cena wzrosła kilka razy. Szkoda. Oczywiście można kupić też lepsze kosmetyki, ale po nie należy iść do droższych centrów handlowych. Bardzo tęsknię za Rossmanem!!!

 

  • Zimne domy

Angielskie domy słyną z zimna. Nie wiem do dziś, dlaczego tak jest. Bardzo źle znoszę zimno w jakiejkolwiek postaci, więc jest to dla mnie poważny problem (zimą nie pójdę spać bez termoforu). Anglicy problem rozwiązują zakładając na siebie kilka warstw ubrań (nie, dziękuję), czasem mają kominki. Ale poza tym im chyba nie jest zimno. Mało kto nosi puchowe kurtki zimą. Normą są przykrókie jeansy, rozpięte płaszcze bez szalika, skórzane kurtki w styczniu, baleriny na gołe stopy w lutym. Masakra. A zimno w domach skutkuje grzybem na ścianach (i my borykamy się z tą ohydą, bo mieszkamy w wiktoriańskiej kamienicy z poprzedniego stulecia).

 

  • Alkoholowa glowaAnglicy bardzo duzo pija, zwlaszcza ci mlodzi. Mam wrazenie, ze dla niektórych jedyna rozrywka jest upicie sie w pubie. Nie ma dnia, zeby nie bylo kolejek pod knajpami. Alkohol reklamowany jest wszedzie i zawsze jest okazja,  zeby sie napic. Mam wrazenie, ze ludziom wrecz wciska sie go na chama. Nie chce wyjsc na swietoszke, która nie wie, jak smakuje wino (na ostatnim roku studiów jako szanujaca sie studentka, czesciej bylam pijana niz trzezwa), ale od dluzszego czasu nie pije juz alkoholu i wydaje mi sie on zbyteczny, nie mówiac juz o jego szkodliwosci, ale to nikogo nie obchodzi, a juz na pewno nie jego producentów. Szkoda.

     

  • Pogoda
    I wreszcie na koniec najbardziej banalny podpunkt – pogoda. Myslalam, ze opowiesci o zlej angielskiej pogodzie to mit (mialam w pamieci pierwsza wycieczke do Londynu w 2004 r., kiedy przez caly tydzien mielismy upaly), ale niestety – mitem nie jest. W Anglii pogoda jest jaka jest i tyle. Jesli potrzebujesz duzo slonca, nie lubisz deszczu i niskich temperatur i w ogóle jestes ole ole i salsa, to nie ten kierunek. Przez wieksza czesc roku jest zimno, nie ma slonca, niebo wyglada identycznie wlasciwie codziennie – jest biale/szare. Lata w zeszlym roku nie mielismy (kilka cieplych dni wykorzystalismy na pikniki). Pada duzo. Jest zimno. Czy mi to przeszkadza? Czasami tak, stad ten podpunkt. Czy wyjechalabym przez to z Londynu? Nie.

     

    To tyle chyba. Jak widac, minusów jest niewiele, wrecz musialam dlugo nad nimi sie zastanawiac. Czy wrócilabym do Francji? Nie. Na Slowacje? Nie, dziekuje. Polecam kazdemu zamieszkanie w miejscu, gdzie nie bedziecie czuli sie obco i o którym myslec bedziecie z duma. Bo warto.

     

 

 

Jesień z innych łóżek

22069331_164042887509992_2603262497959968768_n(1).jpg

 

Powoli zbliża się czas, na który czekam cały rok. Jesień. (Już jest, ale ja piszę zawsze z opóźnieniem, zostawiając rozgrzebaną notkę w jednej z milionów zakładek). Czas zupy dyniowej, przesiadywania w kawiarniach z książką. szarych swetrów. I przemyśleń. Zawsze jesienią działy się dla mnie najważniejsze rzeczy. Przeprowadzki, nowe mieszkania, nowe miejsca, nowe drogi i ścieżki. 3 lata temu byłam z M. 3 lata później telefon nie milknie. 2 lata temu przeprowadziłam się do Bratysławy. Do dziś pamiętam komunistyczny (ale w tym pozytywnym sensie) blok, kuchnię. gdzie rozmawialiśmy o najważniejszych sprawach świata, piliśmy wino, a potem każdy poszedł w swoją stronę (przy czym jedna ekipa poszła w « dwupaku »). Pamiętam przystanek autobusowy, z którego co rano jechałam do pracy. Wyglądał jak przystanek przy wiejskiej drodze, dziwiłam się, że to jeszcze w ogóle miasto i że jakikolwiek środek transportu tam staje. Nagle z kraju bagietek i pain au chocolat znalazłam się w kraju bułek z szynką z osiedlowego sklepu. Niby ta sama osoba, te same ubrania, ale otoczenie diametralnie inne, może mnie trochę przypiłowało. Pamiętam J., który wracał z « randek » (do dziś mam tu to za złe) i wysłuchiwał naszych problemów. Znajomość z V. nie skończyła się dobrze. Ale jedno muszę jej przyznać – to chyba wraz z nią odeszła moja « studencka » miłość do rozmów o kosmosie, ważnych, ale beztroskich. Przy winie, jeszcze bez tej potrzeby komfortu i życia na poziomie, jeszcze po paryskim mieszkaniu z antresolą, kiedy nie wiedziałam (i nie chciałam wiedzieć), że brwi trzeba malować, ubrania mają być drogie, a jedzenie nietuczące. Ta początkowa Bratysława była końcem bycia i życia jak student. Potem musiałam wziąć za siebie opowiedzialność. Zauważyłam, że alkohol mi szkodzi, że mieszkanie z 4 osobami już nie jest fajne i że może czas wziąć na poważnie atakujące mnie zewsząd rady na temat makijażu, dekoracji mieszkań i rujnowania swojej pensji na ubrania (bo kiedyś kupienie czarnej spódniczki z koronką i koszuli w zieloną kratę to byłlo wydarzenie, potem wracałam z kilogramami ubrań, które już nie cieszyły).

To były czasy przepłnione nadzieją, że w szarości Bratysławy i po tym wszystkim, co było, sklecimy jeszcze jakiś sensowny ciąg dalszy.

Jesień 3 (!) lata temu to też wycieczka w Wogezy z A., chłopakiem, z którym « byłam » prawie 3 tygodnie (!). Nic z tego nie wyszło, nie umiałam oddzielić go od budyniu, którym wtedy było moje życie uczuciowe i potraktować serio. Dziwiłam się, że ma pretensje o to,  że M. nadal ze mną mieszka (!) i że trzymamy się razem mimo huraganów. Bo nasza « znajomość », niezrozumiana przez osoby z zewnątrz, przetrwała wszystkie kryzysy. Kiedy było już okropnie i byłam po prostu fizycznie zmęczona, cieszyłam się, że M. na kilka dni wyjeżdżał. Ale potem wracał i znowu było dobrze. Po prostu nie było tam miejsca dla nikogo, chyba, że ten ktoś chciał wcisnąć się między młot, kowadło a maszynkę do makaronu i być częścią chorego dramatu, który raz na jakiś czas, wystawiony na mróź, ostygał i piękniał.

Wczoraj M. wyznał mi, że te dni były najszczęśliwsze w jego życiu.

W Wogezach zaskoczyła mnie piękność francuskiej jesieni. Spędziliśmy idealny dzień. Tam poczułam, czym jest natura (brzmi conajmniej jak zdanie z Immanuela Kanta). Jechaliśmy jego samochodem słuchając Kid Cudi na cały regulator. Jedliśmy kanapki w supermarkecie Super-U popijając je kawą z automatu. Szok! Dziś po pierwsze – nie piję kawy, po drugie – czy ja bym zgodziła się zjeść nieplanowane, gotowe kanapki siedząc w sklepie? Przeceż dziś przeszukałabym tydzień wcześniej Tripadwajsor i blogi w poszukiwaniu romantycznej górskiej chatki z najlepszym w okolicy jadłem. Wtedy nie miałam takich problemów. Wycieczka w góry była miłym przerywnikiem w życiu niezdrowego tria, które stworzyliśmy. Moja mama żartowała (mam nadzieję), że miała kiedyś kilku chłopaków na raz. Kiedy poznałam, jak męczące jest życie z dwoma na raz rzeczywiście, wycofałam się i coraz rzadziej uczęszczałam do szkoły imienia « Jak przetrwać na emocjonalnej karuzeli i rzadko spać we własnym łóżku ».

Rok temu z kolei jesień przyszła pełną parą. Było ciepło, słonecznie, mimo różnych lęków i niepokojów – jednak powoli, miękko, trochę melancholijnie. Kupowałam swetry w Londynie, w Bratysławie codziennie gotowałam zupę z dynii. Chodziłam na samotne spacery po Ruzinovie, przechodząc obok nieczynnego basenu patrzyłam na plac zabaw dla dzieci z domkiem Baby Jagi. Miałam ochotę aż polizać ściany w kształcie herbatnika. Narzekałam na samotne weekendy bez J., jadłam w łóżku sushi i próbowałam przebrnąć prez Murakamiego. Z M. piekłam pizzę (domową). Wtedy wydawało się, że wszystko jest nie tak. Dziś tęsknię za nowoczesnym mieszkaniem w nienowoczesnej dzielnicy, za moim przystankiem autobusowym.

Dziś słucham za dużo Lorda Hurona.

 

Wyjdź za mnie za 5 lat / Aldwych, London WC2B

Dopiero co pisałam o czerwcu, a już skończył się lipiec. Od kilku lat rytm szkolnych wakacji jest dla mnie obcy. Zapominam, że jest lato, nagle « wakacje » mijają bez zastanowienia. Kiedyś plan był ustalony – szkoła, lipiec nad morzem, góry w sierpniu. Wrzesień – szkoła. Teraz praca. Praca i praca bez przerwy. Atrakcje trzeba organizować samemu. A w Londynie jest ich na szczęście dużo, aż za dużo. Początek lipca, upalny i słoneczny, zawiódł nas na północ Anglii, do miłej wsi niedaleko Sheffield. Świętowaliśmy tam urodziny teściowej. Poza kilkoma wpadkami wyszło miło. Było dobre jedzenie, robienie « gazetki » ze zdjęciami z dzieciństwa teściowej, ogród, domowy macaron, gin z tonikiem (idealny na upał), gra w domino. Weekendy też mieliśmy ciekawe. Spacery, wystawy, całe dnie spędzane w Regent’s Park (kupiliśmy nawet piknikowy koc).

Zmieniła się też nasza dieta. Cukier ograniczony do absolutnego minimum, brak mięsa. Jemy głównie warzywa, a porcje zmniejszyłam o połowę. I dobrze nam to robi. Zadziwia mnie moja dieta sprzed kilku lat. Wtedy zdawało mi się, że mogę bez konsekwencji pić litry wina, jeść kilo sera dziennie, napychać się bagietką, gotowymi sosami, czekoladą. Czekoladą… Jadłam codziennie. Co wieczór paczka ciastek (usprawiedliwia mnie fakt, że wszyscy tak kiedyś szaleli). Kebab o 6 rano, 5 kaw dziennie (z automatu…). Okazyjne papierosy, tańce co noc. Czasy, które się skończyły. Teraz zanim włożę cokolwiek do ust, dwa razy się zastanawiam. Ile kalorii, czy warto, czy coś mi to da. Zazwyczaj, jeśli na któreś z tych pytań odpowiedź jest « nie », wywalam. Nudne? Po prostu inny styl.

W czerwcu, dokładnie 18, ostatni raz widziałam się w Londynie z M. Nagle uznał, że musi wrócić w Tatry. Widziałam, że żałuje, żalił się, że nie wie, czy powienien. Poszliśmy na spacer po Covent Garden. Nauczył się wielu rzeczy, ale nigdy nie wiedział, jak ukrywać coś, czego już od dawna nie powinien pokazywać. Chciałam uciekać. Pod hotelem Waldorf usłyszałam « wyjdziesz za mnie? wyjdź za mnie. za rok ». To niemożliwe. « To wyjdź za 5 lat. Wyjdź za mnie za 5 lat ». Nie brzmiało to jak kawał dnia. Brzmiało to dość strasznie. A potem dwójka najlepszych przyjaciół poszła każde w swoją stronę. na yogę, do samolotu, do domu. Na nic moje przekonywanie go, że nie polecam ślubu z Polką. Zna na pamięć dni, kiedy rozbijały się o ścianę talerze. Dla żartu nie powiedziałam ani tak, ani nie. Takie deklaracje od osoby, która rzadko kiedy była przy mnie, kiedy potrzebowałam jego obecności.

KIEDY TO SIĘ SKOŃCZY

18645209_448224755537201_1354241207479304192_n

 

Spokojnie spałam, kiedy w niedzielę rano obudził mnie telefon od Mamy. 8 rano, trochę za wcześnie na rozmowy. « Co się stało? »- mówię w półśnie. « No bo znowu był atak… »- mówi Mama tonem takim, jakby przepraszała za zjedzenie ostatniego kawałka ciasta. Albo nieuważny turysta w galerii, kiedy tłumaczy się żonie, że musiał wziąć kredyt na spłacenie kary za stłuczenie antycznej wazy. Myślałam, że to część snu, że to nie jest, nie może być prawda. Jedno słowo. Bezradne i smutne. « Znowu ».

Bratysława 2 i koniec wakacji

18443908_208882809628363_4445399144017690624_n

 

W maju wybrałam się na kilka dni do Bratysławy. Zatrzymałam się u ukochanych N. i M. To kolejny raz, kiedy wracam do miasta, w którym kiedyś mieszkałam. Piękne uczucie, ale trzeba uważać na sentymenty.

Spędziliśmy piękne dni. Od razu po przylocie zabrano mnie na wycieczkę do Trnavy. Nigdy tam nie byłam, za to J. kiedyś wybrał się przypadkiem, w drodze do innego miasta. Trafiliśmy na targ, ale nie z warzywami, tylko z rękodziełem, ubraniami, food truck’ami i innymi naciągaczami 😉 Z Natalią podziwiałyśmy torebki, z M. skubaliśmy wafle z KMINKIEM. Tak tak, wróg numer 1 Polek i Polaków! Mój pierwszy chleb na Słowacji to wspomnienie kminkowego smutku. Wafle jednak jadłam ze smakiem, wygłodzona po długiej podróży. Wstąpiliśmy też na obiad, gdzie królowały szparagi i kofola. Następnie kawa i ciastko w cudnej kawiarence, a wieczorem wizyta w naszej ukochanej restauracji. To tam właśnie poczułam, że tyle się zmieniło. Zawsze przychodziłam tam z domu, jako mieszkanka Bratysławy. Po plotkach wracałam do domu i czytałam angielskie książki, marząc o Londynie.

Cudownie jest zatrzymać się u przyjaciół, którzy dbają o to, byś czuła się jak najlepiej. A więc: wieczorem Wujek Marian podawał pyszne drinki, a N. zabierała w nowe miejsca w BA. Tak właśnie trafiłyśmy do Fachu, gdzie jadłam najlepszy chlebek bananowy. Wizyta stała pod znakiem kawy i ciast. Co jedne to lepsze. No i wieczornym spacerów po BA, która wygląda jak włoski kurort! Tłumy przy stolikach kawiarnianych, widać, że ludzie lubią relaksować się po pracy przy kieliszku wina czy dobrym steku. BA robi się coraz przyjemniejszym miejscem do życia. Przybywa nowych kawiarni i restauracji, w księgarniach to samo, co w Londynie. Nie do końca to doceniałam, mieszkając na Słowacji, ale usprawiedliwiała mnie moja trudna sytuacja uczuciowa 😀

Z podziwem patrzyłam na pogodnych N. i M. Mimo trudności (dzieciaki są super i jestem absolutnie w nich zakochana, ale wiadomo – męczą. Nawet moja Mama przyzna!) starali się, żebym jak najlepiej wykorzystała swój pobyt i poświęcali mi dużo czasu. Starałam się chociaż trochę ich odciążyć – nie wiem, czy to dobre słowo – i jak to ciocia – organizowałam mini zabawy. Nie wiem, czy mam talent do tego, ale D. wyglądał na zainteresowanego śpiewającą ciężarówką, a MN co chwila chciała pokazywać mi swoje mapy. Czułam się jak w domu (mam nadzieję, że N i M nie przestraszą się – na razie nie grozi Wam zamieszkanie ze mną :D) i po powrocie dopadł mnie smutek podobny do tego, który przychodzi po rozstaniu z kimś niezastąpionym. Nie da się również nie wspomnieć o cudownych kolacjach i śniadaniach – nigdzie kanapki nie smakują mi tak, jak u nich w domu. To chyba znak, ze trafiłam do domu dobrych ludzi.

Dzień po powrocie do Londynu dostałam pracę. Nigdy nie myślałam, że tak bardzo można się cieszyć właśnie z tego powodu. Pracę zawsze znajdowałam bardzo szybko, sama przychodziła do mnie. Teraz jednak zajęło to 1,5 miesiąca. Niby nie długo, ale dla mnie bardzo. Bezrobocie jest fajne przez pierwsze dni – można dłużej spać, chodzić na wystawy, pić kawę w spokoju patrząc na tłumy wpadające do kawiarni na lunch, jedzące w biegu marną sałatę i bułę i rozmawiające o pracy. Potem jednak błogość zamienia się w niepokój, rosnący wprost proporcjonalnie do upływu gotówki z konta. Czasem w desperacji podejmuje się różne decyzje (ja wysyłałam CV nawet do kawiarni i przepisywacza hip hopowych piosenek, wściekła po kolejnej nieudanej rozmowie kwalifikacyjnej). Długi proces rekrutacyjny może nieźle obniżyć nam poczucie własnej wartości, nagle wydaje nam się, że nie pasujemy nigdzie, a wszystkie nasze wcześniejsze dokonania są bez wartości. Oczywiście to nieprawda i trzeba po prostu zacisnąć zęby i próbować dalej. No ale – łatwo powiedzieć. Na szczęście jestem spowrotem w biurze i bardzo mnie to cieszy.